Barcelona cz.4

Witam w kolejnej części relacji. Jeśli podobały wam się miejsca opisywane w dniach poprzednich, to dzisiejsze tym bardziej przypadną do gustu. Ilościowo ponownie niezbyt wiele punktów, jednak jeśli chodzi o jakość i skalę atrakcyjności… ciężko wyrazić to słowami, gdyż żadne superlatywy nie będą wystarczające. Dlatego nie trzymam was dłużej w niepewności i zapraszam do czytania. 🙂

Zaczynamy od razu z grubej rury, powiedziałbym, że nawet jednej z tych najgrubszych. 😛 Na pierwszy ogień idzie Park Güell, czyli duży ogród zaprojektowany przez Antonio Gaudíego na życzenie jego przyjaciela Eusebi Güella. Wcześniej opisywane budowle tego architekta robiły już ogromne wrażenie, a tutaj odczucia te spotęgowane są jeszcze wielokrotnie. Zanim jednak przejdziemy do centrum parku i głównych jego atrakcji, chciałbym wspomnieć o jednej, leżącej trochę na uboczu. El Calvario to miejsce, gdzie miała być wybudowana kaplica. Mimo że plany te ostatecznie spaliły na panewce, znajdziemy tu 10-metrową górę, kopiec z trzema krzyżami symbolizującymi ukrzyżowanie Jezusa pośród zbójców. Z tego punktu rozpościera się przepiękny widok na panoramę Barcelony, a jeżeli dotrzemy tam odpowiednio wcześnie, możemy załapać się nawet na wschód słońca. 😉

Teraz główna części parku. Już sama brama wejściowa, a właściwie dwa przyległe do niej pawilony, robią niesamowite wrażenie. Najlepszą ich charakterystyką będzie określenie, iż są w typowym stylu Gaudíego – fantastycznym, niepowtarzalnym i nie do podrobienia. Zaraz za nimi w oczy rzucają się przepiękne, ogromne schody. Są one rozmieszczone symetrycznie wokół centralnie położonej słynnej salamandry, która stała się symbolem zarówno tego ogrodu, jak i całej Barcelony. Stopnie prowadzą do Sali Kolumnowej, gdzie znajdziemy 86 antycznych kolumn podtrzymujących usytuowany na górze taras. Cały balkon z placem ma 3000 metrów kwadratowych powierzchni i otoczony jest najdłuższą na świecie ławką stworzoną z ceramiki. Jakby tego było mało, w parku możemy przechadzać się cudownymi kamiennymi wiaduktami, a tych jest naprawdę sporo. Za zobaczenie całości trzeba się liczyć z wydatkiem 8€ (rezerwując online 7€), lecz z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem uważam, iż emocje i wrażenia, jakich dostarczy zwiedzanie, są zdecydowanie warte takiej ceny. 🙂


Zmieniamy lokalizację, ale pozostajemy w podobnych klimatach – klimatach Gaudíego. Następne z jego architektonicznych dzieł to Casa Vicens. Różni się nieco od wcześniejszych, gdyż zostało wybudowane w początkowej fazie rozwoju artysty, co jednak w żaden sposób nie ujmuje budowli. Mimo iż to jedna z pierwszych prac twórcy, wyraźnie rysuje się w niej ten fantastyczny i oryginalny styl.

I kolejna, długo wyczekiwana atrakcja. Za jej wstęp niech posłuży poniższe zdjęcie. 😉

Camp Nou! Największy stadion piłkarski w Europie i jeden z największych na świecie, mieszczący niemalże 100 tysięcy osób. Mekka niezliczonej rzeszy kibiców i nie tylko. Obiekt FC Barcelony, drużyny plasującej się w czołówce najbardziej utytułowanych zespołów w historii futbolu. Jako fan i miłośnik sportu nie mogłem odpuścić Camp Nou Experience, czyli zwiedzania tego pięknego kompleksu wraz z klubowym muzeum. Ale wszystko po kolei, krok po kroku… 😉

Na początek stadion z zewnątrz. Trzeba szczerze przyznać, iż jak na swoją pojemność wygląda dość niepozornie. Wynika to ze sposobu rozmieszczenia trybun, których część znajduje się poniżej poziomu terenu.


Wchodzimy do środka i rozpoczynamy tour. Pierwsza sala, do której trafiamy, prezentuje całą klubową historię, włącznie ze zdobytymi pucharami, strojami i butami niektórych piłkarzy, a także trofea indywidualne, przykładowe kontrakty czy różnego rodzaju archiwalne listy. Całość jest ułożona chronologicznie, a poparta dodatkowo dokładnymi opisami robi naprawdę spore wrażenie.


Kiedy już napatrzymy się na klubowe puchary i pamiątki oraz poznamy wystarczająco dużo faktów historycznych, przechodzimy do kolejnego etapu zwiedzania stadionu, którym jest wejście na wielkie trybuny. Z naprzeciwka wita nas od razu słynne motto FC Barcelony – Més que un club (Więcej niż klub). Dopiero tu możemy przekonać się o prawdziwej potędze i ogromie obiektu.

Następnym krokiem są szatnie. Zwiedzający mają możliwość zajrzeć do tej przeznaczonej drużynie gości, więc tak też robię. Muszę szczerze przyznać, iż okazały się one raczej rozczarowaniem i nie dorównują klasie stadionu. Moim zdaniem wiele zespołów w Polsce może pochwalić się większymi i ładniejszymi przebieralniami. Z szatni jest już tylko jedna droga – na murawę. Pięknie zdobiony tunel pokonujemy w akompaniamencie odgłosów kibicowskiej wrzawy, co tylko potęguje odczuwane wrażenia.


No i w końcu gwóźdź programu – murawa Camp Nou! Nie dotrzemy oczywiście na samą płytę boiska, jednak nawet stojąc przy linii możemy poczuć stadionową atmosferę i wyobrazić sobie, jak cudownie by to wszystko wyglądało przy pełnej, blisko 100-tysięcznych widowni. Po prostu fenomenalne przeżycie! 😉

Następnie ponownie pniemy się po trybunach w górę stadionu, dochodząc do jego korony. Tam mamy możliwość poczuć się przez chwilę jak komentator z prawdziwego zdarzenia i zasiąść w dziennikarskim gnieździe. Później dochodzimy do ostatniej sali podczas naszego touru. Jest to pomieszczenie bardziej multimedialne i interaktywne od poprzednich. Jego główną atrakcją jest długi stół, na którym możemy oglądać dowolnie wybrane przez nas filmy z bogatej historii katalońskiego klubu.


I tym sposobem dotarliśmy do końca. Pozostało jeszcze oczywiście przejście przez klubowy sklepik, a właściwie dwupoziomowy market, w którym znajdziemy naprawdę szeroki wachlarz artykułów z logiem FC Barcelony. Czas więc na krótkie podsumowanie. Obecnie Camp Nou Experience kosztuje 25€ (w 2015 roku było 23€). Istnieje opcja 10% zniżki poprzez darmowe zarejestrowanie się jako fan drużyny i zakup biletu online (możecie to zrobić tutaj). Jest to wydatek dość spory, lecz z całą pewnością warto go ponieść. Jasne, jeśli nie lubisz sportu i piłki nożnej, nie przeżyjesz wszystkich atrakcji w pełni, nie doświadczysz aż tak wspaniałych emocji (chociaż uważam, że i tak znajdziesz coś dla siebie). W pozostałych przypadkach, nie będziesz żałował ani przez sekundę. Fenomenalne doznania, przygoda wręcz nie do opisania. Z czystym sumieniem zachęcam do uwzględnienia touru w swoich planach zwiedzania stolicy Katalonii. 😉


Zmieniamy kompletnie klimat i przenosimy się na północ, gdzie znajduje się Parc del Laberint d’Horta. Składa się on z dwóch ogrodów – XVIII-wiecznego neoklasycystycznego oraz romantycznego z XIX stulecia. Napotkamy tu również na wiele rzeźb (zwłaszcza powiązanych z grecką mitologią) oraz fontann. Główną atrakcją parku jest natomiast tytułowy labirynt, którego przejście wcale nie należy do najprostszych. Na szczęście nie jest aż tak wielki, aby zgubić się w nim całkowicie, metodą prób i błędów na pewno dotrzemy do wyjścia. 😉 Jako ciekawostkę dodam, iż to właśnie te miejsce wykorzystano w scenach zabawy w filmie „Pachnidło”. Reasumując, fantastyczne miejsce na krótki spacer i chwilowy odpoczynek w bardzo ciekawym i poniekąd tajemniczym otoczeniu. Park nie należy być może do najsłynniejszych punktów Barcelony, jednak na pewno warto go odwiedzić.

Na koniec, bardziej jako ciekawostkę, chciałbym jeszcze zaprezentować jedną z barcelońskich rzeźb ulicznych, wybudowaną z okazji Igrzysk Olimpijskich w tym mieście. Els mistos, bo tak się nazywa, w tłumaczeniu na polski znaczy po prostu „zapałki”. I w sumie trudno się temu dziwić, gdyż właśnie ten asortyment przedstawia praca Claesa Oldenburga i Coosje van Bruggena. Może temat niezbyt ambitny, ale wobec porozrzucanych przy skrzyżowaniu wielkich, stalowych i kolorowych zapałek ciężko przejść obojętnie. Zresztą zobaczcie sami. 😉

I na tym kończy się kolejny dzień obfitujący w fenomenalne emocje i przeżycia. Teraz przenoszę się do Walencji, ale jeszcze wrócę do stolicy Katalonii, bo przecież stąd mam zaplanowany lot powrotny do Polski. Poza tym, wciąż została do opisania jedna z ważniejszych atrakcji miasta… Domyślacie się jaka? 😉

<-Dzień 3: Barcelona cz.3                                                                                                                                                                                         Dzień 5: Walencja cz.1->