Edynburg cz.1

Pierwszy dzień w stolicy Szkocji. Mimo pochmurnej i deszczowej aur z rana, pogoda ducha i podekscytowanie mnie nie opuszczały. Wczesna pobudka i obszerny plan zwiedzania zapowiadały kolejny dzień pełen wrażeń.

Edynburg słynie z pięknego zamku na wzgórzu, lecz nie jest on jedynym w mieście. Ja swoją wyprawę rozpocząłem od zamku Craigmillar, głównie ze względu na bliskość zakwaterowania. Jest to średniowieczna budowla, a właściwie ruiny, w szczerym polu, pośrodku niczego. Nie mając noclegu w okolicy pewnie w ogóle nie zdecydowałbym się na wypad w te rejony i w gruncie rzeczy wam proponuję to samo.

Następny punkt programu to odrobina wspinaczki. Cel: Arthur’s Seat (Góra Artura), czyli wysoki szczyt (mierzący 251 metrów), z którego rozpościera się doskonały widok na panoramę miasta. Podobno… Osobiście nie mogę tego potwierdzić, gdyż jak już wspomniałem, pogoda tego poranka była, delikatnie mówiąc, nie najlepsza. Ostatecznie z podboju góry wyszedł trochę „spacer w chmurach”, jednak mimo wszystko nie wspominam go źle. Na szczycie spotkałem jeszcze kilku innych „dziwaków”, którym również kiepska aura nie stanowiła wielkiej przeszkody.


Po zejściu z Góry Artura udałem się w kierunku leżącego tuż obok Pałacu Holyrood. Monumentalna budowla z XVII wieku jest obecnie rezydencją monarchów brytyjskich w Szkocji. Nawet jeśli nie planujemy zwiedzać go od środka (dość spore kolejki, 12€), na pewno warto przyjrzeć się mu choćby z zewnątrz.

Kolejna atrakcja i ponowna wspinaczka. Tym razem Calton Hill – niesamowite wzgórze nieopodal centrum Edynburga. Na szczycie wspaniała architektura (na czele z National Monument, kopią greckiego Partenonu, na którego ukończenie jednak zabrakło funduszy) oraz zapierające dech w piersiach widoki na miasto. Każdy odwiedzający stolicę Szkocji powinien bez wątpienia zajrzeć w to miejsce i przekonać się na własne oczy.

Znawcy literatury na pewno wiedzą, iż w Edynburgu urodził się Sir Arthur Conan Doyle, pisarz, który „powołał do życia” prawdopodobnie najsłynniejszego fikcyjnego detektywa – Sherlocka Holmesa. I właśnie jego pomnik możemy spotkać w miejscu narodzin autora, na Picardy Place. Ot taka mała ciekawostka, gdyż chyba nie ma osoby niekojarzącej tego bohatera. Warto też rzucić okiem na znajdujący się tuż obok Kościół św. Pawła i Jerzego (St Paul’s and St George’s Church) z naprawdę efektowną fasadą.

Czas na pierwsze odwiedzone przeze mnie muzeum w szkockiej stolicy – Scottish National Portrait Gallery. Wiedziałem, że prezentuje się ono atrakcyjnie z zewnątrz, miałem odrobinę wątpliwości co do jego kolekcji, gdyż to przecież tylko galeria portretów. Podobnie jak większość brytyjskich muzeów udostępnione jest do zwiedzania całkowicie za darmo, więc postanowiłem poświęcić krótką chwilę i zajrzeć do środka. Czy było warto? Po części, gdyż poza portretami można obejrzeć inne obrazy, a nawet dość ciekawe zdobienia. Zresztą popatrzcie na zdjęcia i zadecydujcie sami, czy to miejsce, które was interesuje.

Od mieszkańców Edynburga można nauczyć się pożytecznej zasady – nie ważna jest pogoda na zewnątrz, ważna jest pogoda ducha. Dotarło to do mnie, gdy przypadkowo natrafiłem na trwający festiwal filmowy, a konkretnie na kino w plenerze na St Andrew Square. Mimo niekorzystnej aury, ludzie w płaszczach przeciwdeszczowych, z parasolami, z zaciekawieniem oglądali wyświetlany pokaz, zarówno dzieci, młodzież, jak i dorośli. Ciekawa życiowa lekcja, aby nie przejmować się czymś, na co nie mamy wpływu. 😉

Kierując się zasadą, że w każdym z nas jest odrobina dziecka, wstąpiłem na chwilę do Muzeum Dzieciństwa (Museum of Childhood). Kolekcja różnego rodzaju dziecięcych gier i zabawek być może nie robi jakiegoś wielkiego wrażenia, ale przede wszystkim można w tym miejscu odrobinę się zadumać i z rozrzewnieniem powspominać swoje własne dzieciństwo.

Nadeszła pora na punkt kulminacyjny – Muzeum Narodowe Szkocji (National Museum of Scotland). Z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, iż jest to bez wątpienia najlepsze muzeum w mieście. Ogromna kolekcja z przeróżnych dziedzin (m.in. historii naturalnej, geologii, archeologii, nauki i technologii, historii i kultury Szkocji czy różnych światowych kultur jak starożytny Egipt, Azja Wschodnia, Południowy Pacyfik) robi naprawdę niesamowite wrażenie. Muszę się przyznać, że początkowo nie do końca je doceniłem. Dotarłem do muzeum około półtorej godziny przed zamknięciem i, ku mojemu zaskoczeniu, nie zdążyłem obejrzeć nawet połowy znajdujących się tam wystaw. To co zobaczyłem spodobało mi się jednak tak bardzo, iż postanowiłem następnego dnia wstąpić tu ponownie, aby bez pośpiechu dokończyć zwiedzanie. Reasumując, kolejne obowiązkowe miejsce, bez zobaczenia którego nie można opuścić Edynburga.


Mocno obleganą atrakcją jest również znajdujący się nieopodal… pomnik psa. Greyfriars Bobby, bo o nim mowa, co chwilę musi użerać się z ludźmi przykładającymi mu palec do nosa. Ale dlaczego dorobił się własnego pomnika? Gdyż przez niemal 14 lat czuwał przy grobie swego właściciela, Johna Graya, nigdzie indziej jak właśnie w Edynburgu. I mimo że historia sama w sobie jest interesująca i niepowtarzalna, zupełnie nie rozumiem fenomenu zwykłego posążku pieska.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o pierwszy dzień w stolicy Szkocji. Naprawdę dużo wrażeń, a to przecież jeszcze nie koniec… 😉

<-Dzień 3: Glasgow cz.1                                                                                                                                                                             Dzień 5: Edynburg cz.2->