Islandia cz.1

Nastał w końcu pierwszy etap długo wyczekiwanego zwiedzania Islandii. Na początek w planie miałem kilka punktów usytuowanych niedaleko Reykjavíku, a część z nich wchodzi w skład tzw. „Złotego Kręgu”. Tego dnia, na rozgrzewkę, do przejechania jedynie nieco ponad 250 kilometrów, lecz na trasie było parę naprawdę efektownych atrakcji, o czym przekonacie się już za chwilę. 😉

Pierwszy przystanek to znana praktycznie wszystkim Błękitna Laguna (Bláa Lónið). Uzdrowisko oferujące kąpiel w bogatej w minerały (takie jak krzemionka czy siarka) gorącej wodzie jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc na wyspie. I moim zdaniem pomysłodawca projektu, a może bardziej człowiek odpowiedzialny za reklamę oraz promocję powinien dostać medal. Bo jak przekonać turystów, aby korzystali z basenów, skoro na całej Islandii istnieje mnóstwo przeróżnych źródeł geotermalnych, a wiele z nich jest całkowicie darmowa? Tu trzeba natomiast sięgnąć dość głęboko do kieszeni, gdyż taka przyjemność kosztuje aż 54€. Ok, cena obejmuje dodatkowo jednego drinka w barze i maskę błotną, ale mnie osobiście jakoś to nie przekonało. Nie twierdzę jednak, że miejsca tego nie warto zobaczyć, zwłaszcza że znajduje się niedaleko lotniska i Reykjavíku, lecz czy rzeczywiście cena, jaką trzeba ponieść za wstęp, jest adekwatna do benefitów, które otrzymamy? Na to pytanie każdy musi już odpowiedzieć sobie sam. 🙂

Czas na całkowitą zmianę klimatu (co w Islandii jest na porządku dziennym), bo kolejny punkt to Krísuvík, a więc wygasły wulkan. Obszar ten wyróżnia przede wszystkim gleba (konkretnie jej kolorowe barwy) oraz pola geotermalne ze specyficznym, dobrze wyczuwalnym zapachem siarki. W podziwianiu tego pięknego i nietypowego terenu pomaga skonstruowana drewniana ścieżka, dzięki czemu całą przechadzkę należy uznać za bardzo łatwą i przyjemną, a zarazem doprawdy niezwykłą. 😉


Rozgrzewką przed słynnymi, fenomenalnymi islandzkimi wodospadami miał być Bruarfoss. Może nie aż tak popularny, nie aż tak ogromny, nie usytuowany przy samej drodze (5-10 minut wędrówki częściowo błotnistą ścieżką), to wciąż w moim przekonaniu warty zobaczenia. Niesamowity błękit wody, charakterystyczne wyżłobienie skał i niewielka ilość turystów sprawia, iż poczujemy się tu w pewnym sensie magicznie. Nie od dziś wiadomo, że czasem trzeba zboczyć z głównych, utartych przez wszystkich szlaków, aby odnaleźć właśnie tego typu urokliwe miejsca. 🙂

Nie zwalniamy tempa, a wręcz przeciwnie – nabieramy rozpędu. Wiecie czym jest „gejzer” i skąd w ogóle wzięło się to słowo? To gorące źródło „wystrzeliwujące” w górę wodę i parę wodną, a nazwę zawdzięcza Geysirowi, czyli najsłynniejszemu tego typu tworowi, znajdującemu się właśnie w Islandii. Lata świetności ma on jednak już za sobą, gdyż niegdyś tryskał wodą regularnie na wysokość 80 metrów, obecnie na zaledwie kilka i to co około 48 godzin, a więc trzeba mieć sporo szczęścia, żeby w ogóle być tego świadkiem. Na szczęście wybierając się w rejony doliny Haukadalur, gdzie jest usytuowany, nie obejdziemy się smakiem. Pałeczkę pierwszeństwa dzierży teraz Strokkur, który regularnie (co 5-10 minut) „wypluwa” 30-metrowe słupy wodne i jest to jedna z atrakcji, której z całą pewnością nie można przegapić podróżując po „kraju lodu”. 😉


I jeszcze krótki filmik przedstawiający wybuch Strokkura.

Drugim z odwiedzonych przeze mnie wodospadów inauguracyjnego dnia był Gullfoss (co w polskim tłumaczeniu znaczy „Złote wodospady”). Zupełnie inny od opisywanego poprzednio, o zdecydowanie większej renomie i rozmachu. Dwie kaskady (górna 11-metrowa i dolna 21-metrowa) oraz 400 metrów sześciennych wody przepływających przez niego w każdej sekundzie robi dosłownie ogromne wrażenie. Po raz pierwszy poczułem na własnej skórze prawdziwą potęgę i niebotyczność islandzkich „spadających rzek”. I tak naprawdę żadne zdjęcia, a nawet filmy nie oddadzą w pełni jego wspaniałości i efektowności (choć za chwilę spróbuję przynajmniej częściowo to pokazać) – trzeba go po prostu zobaczyć na własne oczy!


A na koniec dnia, czego nie było w planach początkowych, jeszcze krótki przystanek przy Brúarhlöð. Czym jest miejsce o tak dziwnej nazwie? To niewielki kanion na rzece Hvítá otoczony interesującymi formacjami skalnymi. Interesujący punkt, tym bardziej, że znajduje się tuż przy głównej drodze. Jak się okazuje, te dość wąskie ścieżki wodne można pokonać biorąc udział w spływie kajakowym, a nawet pędząc motorówką (czego byłem naocznym świadkiem). Jasne, nie zaliczymy tego terenu do topowych atrakcji Islandii, lecz mimo tego warto poświęcić odrobinę czasu i na chwilę się tu przytrzymać. 😉

Ostatnim akcentem każdej części będą ciekawe ujęcia, które nie znalazły się pośród opisywanych atrakcji, a prezentują się na tyle korzystnie, że nie sposób przejść obok nich obojętnie. Mam tu na myśli przede wszystkim przeróżne krajobrazy i piękne islandzkie scenerie, a także inne napotkane po drodze przykuwające wzrok punkty. Zresztą obejrzyjcie poniższą fotogalerię, a zrozumiecie, o czym mówię. 🙂

I tak kończy się pierwszy rozdział islandzkiej podróży. Już za nami kilka naprawdę niesamowitych miejsc, lecz to zaledwie wierzchołek góry lodowej! A prawdziwe lodowce już w następnej części, więc gorąco zachęcam do dalszego czytania. 🙂

<-Islandia – kraina tysiąca planet                                                                                                                                                                                Islandia cz.2->