Islandia cz.2

Druga część zwiedzania Islandii to głównie cudowne południe kraju, prawie 600 przejechanych kilometrów oraz wiele fantastycznych i zapierających dech w piersiach punktów na trasie. Nie musicie rzecz jasna wierzyć mi na słowo, za chwilę wszystko zobaczycie na zdjęciach. Nie przedłużajmy więc i przejdźmy szybko do konkretów. 😉

Ten dzień zaczynamy z wysokiego C, od niezwykłego i oryginalnego wodospadu Seljalandsfoss. I wcale nie mam na myśli 60-metrowej wysokości, z której spada w dół. Czynnikiem wyróżniającym go spośród większości tego typu atrakcji jest możliwość obejścia dookoła i obserwacji „od tyłu”, z drugiej strony lejącego się z góry strumienia. I mimo że z dużą dozą prawdopodobieństwa zostaniemy przy tym przemoczeni, to bez wątpienia warto to uczynić, gdyż okazja do podziwiania takich cudów natury z innej perspektywy nie nadarza się zbyt często. Miejsce to jest wyjątkowe jeszcze z jednego powodu. Tuż obok znajduje się kolejny, w pewnym sensie ukryty wodospad. Gljúfrabúi, bo o nim mowa, nie jest tak duży jak opisywany poprzednik, charakteryzuje się jednak tym, iż wędrując w głąb klifu płytkim strumieniem, staniemy z żywiołem „twarzą w twarz”. I tak jak w pierwszym przypadku napisałem o „szansie” na zmoknięcie, tak tutaj po prostu nie ma innej opcji. 😛 Ale gwarantuję, że opłaca się odrobinę „pocierpieć”, bo widoki z wnętrza są wręcz nieziemskie. 🙂


I jeszcze ukryty (oraz mokry 😛 ) wodospad Gljúfrabúi na krótkim filmiku.

Nie zgadniecie, jaka atrakcja jest następna w kolejności. Ok, może i zgadniecie, ponieważ to kolejny wodospad. 😛 No ale co zrobić, że są one aż tak imponujące i przyciągające wzrok? Tym razem chcę zaprezentować Skógafoss. Podobnie jak w przypadku Seljalandsfoss woda spływa tu z wysokości 60 metrów, lecz charakteryzuje się on głównie 15-metrową szerokością, co znacznie zwiększa jego spektakularność i potęgę. Można by było pisać o nim długo i to w samych superlatywach, lecz i tak żadne słowa nie oddadzą jego rzeczywistych walorów i zachwytów, jakie wywołuje. Przejdźmy więc do zdjęć, gdyż te będą bez wątpienia lepszym środkiem przekazu. 🙂 Jako ciekawostkę dodam jeszcze jedynie, że tutejsze scenerie wykorzystano między innymi w filmie „Thor: Mroczny świat” oraz „Sekretne życie Waltera Mitty”.


Jak się okazuje, na Islandii znajdziemy również piękne plaże. Lecz ta, o której chcę opowiedzieć, czyli Reynisfjara, znacząco różni się od tych typowych polskich czy europejskich. W jaki sposób? Swoją barwą – jest po prostu czarna. Tak, to nie jest żadna pomyłka, ma czarny piasek, czarne kamienie i czarne skały. A wśród nich na szczególną uwagę zasługują niezwykłe bazaltowe kolumny i tajemnicza jaskinia. Tak naprawdę, nie widząc tego na własne oczy, ciężko sobie wyobrazić, że w ogóle takie miejsca istnieją, a cały tutejszy krajobraz wygląda po prostu jak z innej planety. Nie ma wątpliwości – kolejny niespotykany, wyjątkowy i tym samym obowiązkowy punkt do zobaczenia. 😉

Kolejny przystanek to Fjaðrárgljúfur – bez wątpienia jeden z najpiękniejszych islandzkich kanionów. 100 metrów głębokości i 2 kilometry długości zapewniają niezwykle ciekawą wędrówkę i całą masę niesamowitych widoków. Jak większość tutejszych „dzieł”, powstał całkowicie naturalnie, dzięki postępującej erozji skał przez płynące z lodowców wody. Pogoda tego dnia raczej mnie nie rozpieszczała, co będzie widać na poniższych zdjęciach, jednak wizytę w tym miejscu i tak zapamiętam bardzo pozytywnie. 🙂


Dawno nie opisywałem żadnego wodospadu, nie sądzicie? 😉 Czas na Svartifoss, zwany również „Czarnym wodospadem”. W tym przypadku największego wrażenia nie robi sama spływająca woda, a otoczenie, w jakim się znajduje. Konkretnie chodzi o ciemne bazaltowe filary powstałe wskutek stygnięcia lawy po wybuchach wulkanu. Podobna sytuacja miała miejsce we wspominanej już Reynisfjara, ale tu, w połączeniu ze spadającym ze skał słupem wody, całość tworzy wprost oszałamiający krajobraz. I nieco ponad kilometrowa droga, którą musimy pokonać, aby dotrzeć do celu, jest niczym w porównaniu z widokami, jakie ujrzymy na końcu wędrówki. Niby już kolejny islandzki wodospad, lecz sami musicie przyznać, iż znów totalnie wyjątkowy i zupełnie inny od reszty.


Pora pokazać, dlaczego nazwa państwa to „kraj lodu”. Otóż w niedalekiej odległości od siebie położone są dwa „zimowe” miejsca – jezioro polodowcowe Fjallsárlón oraz laguna lodowcowa Jökulsárlón. Z całą pewnością oba punkty są warte odwiedzenia, zwłaszcza że usytuowane są blisko głównej drogi (numer 1), lecz jeśli miałbym wybrać jeden z nich, zdecydowanie postawiłbym na Jökulsárlón. Oczywiście nie z racji tego, że jest słynniejszy i częściej odwiedzany przez turystów. Za główny czynnik uznałbym fakt, iż znajdziemy tam po prostu więcej lodu, o różnej barwie, a duża jego część wolno dryfuje po wodzie. Z tych cudownych krajobrazów w swoich produkcjach korzystało również Hollywood – kręcono tu między innymi dwie części przygód Jamesa Bonda („Zabójczy widok” i „Śmierć nadejdzie jutro”) oraz „Larę Croft: Tomb Raider” czy „Batmana: Początek”. Mówiłem już o obowiązkowych punktach zwiedzania Islandii? W tym przypadku chyba nawet nie muszę o tym wspominać. 😉

Ostatnia atrakcja tej części będzie z nieco innej kategorii. W jakim sensie? Djúpivogur to mała miejscowość we wschodniej Islandii, a dwa znajdujące się tu punkty, jakie opiszę, nie są dziełem natury, a człowieka. Zacznijmy od nietypowej instalacji Eggin í Gleðivík, czyli zlokalizowanych w miejscowej zatoce… jajek. 😛 Nie, to nie jest żart, nie chodzi jednak rzecz jasna o zwykłe jaja. To 34 ogromne granitowe rzeźby, stworzone przez Sigurðura Guðmundssona, reprezentujące jaja każdego z ptaków gniazdujących na tym obszarze, z których wiele jest migrującymi, przylatującymi na Islandię z daleka właśnie w tym celu. Druga pozycja to natomiast Gallery Bones, Sticks and Stones. Nazwa wzięła się od materiałów wykorzystywanych do tworzenia eksponatów, a są nimi właśnie przeróżne kości, patyki, drewno i kamienie. Co ciekawe, to całkowicie prywatna kolekcja, powstała z ręki mieszkającego tu artysty i udostępniona do oglądania zupełnie za darmo. A jeśli komuś takie prace przypadną szczególnie do gustu, można zajrzeć do sklepiku i pomyśleć o kupnie tego typu pamiątki. 🙂


Tak jak w poprzednim rozdziale, tak i tym razem pozostało jeszcze kilka interesujących ujęć, które nie znalazły się w powyższej relacji, dlatego, bez zbędnego przeciągania, przejdźmy bezpośrednio do nich. 😉


I na tym kończy się drugi, najdłuższy podczas całej wycieczki dzień. Poza sporą ilością przejechanych kilometrów, masa atrakcji po drodze, a czas zwiedzania wyniósł około 15 godzin (wyjazd o 7:00, dotarcie na nocleg mniej więcej o 22:00). Było dość ciężko, zwłaszcza pod koniec, lecz zdecydowanie warto, gdyż przecież właśnie takie dni uwielbia prawdziwy podróżnik – długie, pełne niesamowitych wrażeń i z całą masą niezapomnianych widoków. 🙂

<-Islandia cz.1                                                                                                                                                                                                              Islandia cz.3->