Islandia cz.3

Trzeci dzień to przejazd wschodnią częścią kraju i dotarcie na północ, gdzie czekają kolejne ogromne atrakcje Islandii. Ponad 400 kilometrów do pokonania, lecz po raz pierwszy przekonałem się, że to nie odległość, a jakość dróg ma decydujący wpływ na czas podróży. Mimo że w wielu przypadkach te gorsze, szutrowe drogi, mają ograniczenia prędkości do 80 kilometrów na godzinę, to zwykłym autem, z powodu ogromnej ilości dziur, ciężko tak naprawdę poruszać się szybciej niż 50-tką. Na szczęście udało się dotrzeć do wszystkich zaplanowanych punktów, a za chwilę zobaczycie, co było tego dnia na liście. 😉

Na start, tak jak i poprzednio, idzie wodospad. Tym razem trzeci pod względem wielkości w całym państwie, mierzący aż 128 metrów Hengifoss. Ponadto jego długi i cienki strumień posiada fantastyczne tło, którym jest bazaltowa ściana poprzecinana czerwonymi paskami z gliny. Całość prezentuje się doprawdy przepięknie, a widok w pełni rekompensuje kilkukilometrową wędrówkę (zajmującą około 45 minut), jaką musimy pokonać, aby dotrzeć do celu. Tym bardziej, iż po drodze mijamy także nieco mniejszą kaskadę wodną, Litlanesfoss, z kolejnymi efektownymi bazaltowymi kolumnami, powstałymi wskutek stygnącej lawy, która tędy spływała.


Przenieśmy się na północ Islandii, bo właśnie tam czeka na nas następny wodospad, Dettifoss, a jedynymi odpowiednimi dla niego określeniami będą te w rodzaju potężny, kolosalny, monstrualny. Fakty mówią chyba wszystko – 100 metrów szerokości, 45 metrów wysokości i prawie 200 metrów sześciennych przepływającej wody w każdej sekundzie czyni go jednym z najbogatszych w energię wodospadów Europy. Będąc w pobliżu rzeczywiście poczujemy jego skalę i moc, a w pobliżu słychać jedynie szum i huk rozbijającego się podczas spadania strumienia. Jest kolejnym islandzkim miejscem tego typu, które „wystąpiło” w amerykańskim filmie – Ridley Scott wykorzystał go w „Prometeuszu”. Warto również przespacerować się do położonego niecały kilometr dalej wodospadu Selfoss, różniącego się dość znacząco od swego sąsiada, a charakteryzującego się głównie ilością progów, z których spływa rzeka o nazwie Jökulsá á Fjöllum.

I potężny Dettifoss na krótkim nagraniu.

Pora na scenerie z całkowicie innej planety! Jeśli miałbym wybrać najbardziej „kosmiczne” miejsce, byłby to chyba właśnie Hverir, czyli obszar geotermalny, gdzie można spacerować pośród niezliczonej ilości bulgoczących kałuż i wydobywających się z ziemi słupów pary. Ponadto dochodzą do tego niesamowite barwy oraz charakterystyczny, intensywny (i raczej niezbyt przyjemny) zapach siarki. I naprawdę może się wydawać, że trafiliśmy na Marsa lub po prostu śnimy, lecz żadne szczypanie ani inne zabiegi na nic się zdadzą – to wciąż Ziemia, to wciąż Islandia. Ciężko w to uwierzyć, ciężko wyjść z zachwytu, a wizyta w tym rejonie jest kompletnie niezapomnianym przeżyciem, po którym uczucie ekscytacji i oczarowania pozostanie z nami na długo. 🙂


Przenieśmy się do znajdującej się nieco ponad 5 kilometrów dalej jaskini, bo to kolejny punkt, który może wprawić w osłupienie i wywołać ogromną fascynację. Zastanawiacie się pewnie, czym aż tak zadziwiła mnie jakaś grota. Otóż Grjótagjá, bo tak się nazywa, jest jaskinią lawową (a więc uformowaną w skałach wulkanicznych), skrywającą w swoim wnętrzu prawdziwą perełkę – naturalne gorące źródło termalne. Kąpiel w takiej scenerii byłaby z całą pewnością niesamowitym przeżyciem. No właśnie, byłaby, gdyż jest to całkowicie zabronione, głównie ze względu na sięgającą niemalże 50 stopni Celsjusza temperaturę wody. Nie zmienia to faktu, że samo zejście w głąb pieczary i zamoczenie ręki czy nogi już jest ekscytujące, a całe miejsce po prostu magiczne. 😉


A na koniec lekka zmiana klimatu i nieco bardziej ponury krajobraz. Dimmuborgir to powulkaniczny teren, którego nazwę można tłumaczyć jako „mroczne fortece”. I rzeczywiście, liczne formacje lawowe, ukształtowane przez wybuch pobliskiego wulkanu Thrergslaborgir około 2300 lat temu, sprawiają dość posępne, a zarazem tajemnicze wrażenie. Miejsce to także uznawane jest za dużą atrakcję turystyczną Islandii, ale muszę przyznać, iż mnie jakoś zbytnio nie przekonało, nie po tym wszystkim, co już udało mi się zobaczyć. Ok, znajdziemy tu dość ciekawe scenerie i skały o przeróżnych, często stosunkowo dziwnych kształtach, lecz po prostu całość nie wywołała we mnie wielkiego „wow”.

I czas na kilka zdjęć zamykających fotograficzną część tego rozdziału. Tym razem nie będzie żadnych rekordów pod względem ilościowym, lecz jeśli chodzi o walory wizualne już zdecydowanie tak. Zresztą zobaczcie sami. 😉

No i to by było na tyle. Kolejny fantastyczny dzień z kilkoma naprawdę przepięknymi i zapierającymi dech w piersiach atrakcjami. A nie zapominajcie, że nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie, więc przed nami wciąż sporo do zobaczenia. I dlatego zapraszam do przeczytania następnej części. 😉

<-Islandia cz.2                                                                                                                                                                                                              Islandia cz.4->