Islandia cz.5

Piąty dzień to powrót do długiej jazdy. Prawie 500 kilometrów (z czego większa część po dość uciążliwej drodze szutrowej), czyli przejazd z północnej części kraju na zachód. Tym razem nieco mniej konkretnych atrakcji, a więcej pięknych krajobrazów zza samochodowej szyby, lecz ostateczny cel w pełni to wynagrodził, a niedługo sami się o tym przekonacie. 😉

Jako inauguracyjny punkt ponownie zaplanowany był wodospad, jednak akurat w tym wypadku plany spełzły na niczym. Już wyjaśniam dlaczego. Otóż, o czym jeszcze nie wspominałem, poprzedniego dnia złapaliśmy kapcia, a na jedynej drodze prowadzącej do Fjallfoss (nazywanym także Dynjandi) po prostu brak asfaltu. Z racji tego, że nie mieliśmy już koła zapasowego, a mocno deszczowa pogoda nie ułatwiała całej sprawy, postanowiliśmy nie ryzykować, tym bardziej iż tego typu miejsc widzieliśmy już sporo. Jasne, każda kaskada wodna jest inna i czymś się wyróżnia, dlatego odrobinę żałuję, lecz późniejsze wydarzenia (o których jeszcze napiszę) pokazały, że była to raczej słuszna decyzja.

W takiej sytuacji pierwszym przystankiem był Garðar BA 64. Cóż to takiego? Najstarszy stalowy statek na Islandii, a będąc bardziej precyzyjnym – jego wrak. Po wielu latach służby, początkowo w połowach wielorybów, a następnie (po ograniczeniach prawnych) śledzi, osiadł na mieliźnie w dolinie Skápadalur, gdzie pozostaje do dziś. Nie byłoby pewnie w nim nic szczególnego, gdyby nie fakt, że można wejść do wnętrza i na własne oczy ujrzeć tego rozpadającego się wręcz kolosa. Jak się okazuje, z czasem nie da się wygrać, dosięgnie wszystko, a tutejszy „okaz” jest tego świetnym dowodem.

Po relatywnie długiej przejażdżce pora na główny punkt tego dnia, wyjątkowo wyczekiwany przeze mnie Látrabjarg. To ogromne, zapierające dech w piersiach urwisko, a jednocześnie najdalej wysunięty na zachód punkt zarówno Islandii, jak i całej Europy. Potężne, strome klify wprost oszałamiają i robią zawrotne wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z rozbijającymi się o nie falami oceanicznymi i huczącym wiatrem. Jest to więc kolejny miejscowy „cud natury” i nie dziwi, iż to najchętniej odwiedzane miejsce Zachodnich Fiordów.


To jeszcze nie wszystko. Miejsce to jest także jednym z głównych siedlisk maskonurów. Ten niezwykle sympatyczny, zabawny wręcz gatunek, należy niemalże do islandzkich symbolów. Być w Islandii i nie zobaczyć maskonurów, to jak… Jak nie wiem co, po prostu koniecznie trzeba je zobaczyć. 😛 Są tak cudowne i pocieszne, że przyciągają do siebie niezliczoną ilość turystów z aparatami. Nie inaczej było w moim przypadku, dlatego poniżej dość obszerna fotogaleria z tymi wspaniałymi ptakami w głównej roli. 😉


I jeszcze krótki filmik z cudownymi maskonurami w roli głównej.

Maskonury nie są jedynymi zwierzętami, które możemy podziwiać na Látrabjarg. Na przybrzeżnych skałach, z czego byłem niezwykle szczęśliwy, udało mi się dostrzec także… foki. 🙂 Cała gromadka tego drapieżnego, lecz zarazem niezwykle urokliwego ssaka morskiego odpoczywała, wylegując się na tutejszych kamieniach. Już od kilku dni chodziły po mojej głowie i „polowałem” na nie ze swoim obiektywem, aż w końcu udało się je spotkać! Teraz mogę śmiało stwierdzić – wyprawa na zachodnie klify była udana w stu procentach! 🙂

A na koniec jeszcze porcja ciekawych zdjęć, które nie znalazły się w relacji. Tym razem będzie ich relatywnie dużo, jako że i podróż autem tego dnia była wyjątkowo długa, a przejechana trasa niezwykle różnorodna. 😉

Islandia wciąż nie przestaje zaskakiwać. Mimo że to nie był rekordowy dzień pod względem ilości odwiedzonych przeze mnie atrakcji, to wrażenia i radość wręcz nie do opisania. Z żalem opuszczałem najdalej na zachód wysunięty punkt Europy, lecz z podekscytowaniem na czekające dalsze przygody. A o tym już w następnej części. 😉

<-Islandia cz.4                                                                                                                                                                                                              Islandia cz.6->