Rowerem dookoła Bałtyku – relacja cz.10 (Szwecja cz.1)

Pora już na 10. część relacji z ubiegłorocznej wyprawy rowerowej dookoła Bałtyku. Dziś będzie o kolejnych 9 dniach podróży (17-25.08.2020), podczas których przedostaliśmy się z zachodu Szwecji, od granicy z Norwegią, na wschód, aż do stolicy, czyli Sztokholmu. 🙂

Zacznijmy od samego przekroczenia granicy. Nie jechaliśmy żadną główną drogą, ale takiego przejścia granicznego (a właściwie jego braku) kompletnie się nie spodziewaliśmy, zwłaszcza w tamtym okresie, kiedy tyle pojawiało się informacji, jak to sąsiedzi Szwecji się przed nią odgradzają, jak ciężko się z niej gdziekolwiek przedostać. My akurat jechaliśmy w przeciwnym kierunku, do Szwecji, nie zmienia to jednak faktu, że na granicy stało jedynie puste krzesło i stolik. 😀 Może i ktoś tam powinien siedzieć, ale chyba spóźnił się tego dnia do pracy albo po prostu wyszedł na chwilę za potrzebą. 😂

Tak wyglądała granica norwesko-szwedzka, którą przekraczaliśmy.

A powodem, przez który przekraczaliśmy granicę na tym dość dziwnym przejściu była pierwsza z zaplanowanych przez nas do zobaczenia po szwedzkiej stronie atrakcja. Atrakcja całkowicie nietypowa i oryginalna. Bo właśnie około 10km od granicy, w niewielkim Båstnäs, znajduje się niezwykłe cmentarzysko samochodów. Ale to nie jest tak, że leży tam kilka rozwalających się aut, to miejsce jest tak zaskakująco rozległe, że naprawdę ciężko opisać to słowami. I nawet zdjęcia nie oddadzą tego wszystkiego, to po prostu trzeba zobaczyć na własne oczy. 👌 Okazuje się, iż samochody mogą żyć w zgodzie z naturą, tyle że muszą pozostać w bezruchu gdzieś z 50 lat. 😂

Potem przyszła kolej na kilka ciekawych szwedzkich miasteczek. Najpierw Årjäng, gdzie przywitał nas ogromny troll, następnie Grums z cmentarzyskiem z Epoki Żelaza w centrum miejscowości, aż w końcu Karlstad, w którym odwiedziliśmy mini-zoo i spędziliśmy noc. Szkoda tylko, że następnego dnia o 5:30 rano w parku, gdzie rozbiliśmy biwak, włączyły się zraszacze, obudziły nas i zlały nasz namiot mocniej niż niejeden deszcz byłby w stanie. 😅

Ogólnie w Szwecji, przynajmniej w tej początkowej fazie naszej podróży przez nią, w przeciwieństwie do sytuacji, która miała miejsce w Norwegii, to właśnie miasta i miasteczka wydawały się zdecydowanie bardziej interesujące niż natura czy krajobrazy. Dobrym na to dowodem jest chociażby Örebro, które było następne w kolejności na naszym szlaku. Efektowna architektura na czele z monumentalnym zamkiem usytuowanym w samym centrum, malownicze tereny spacerowe głównie za sprawą przepływającej przez tę miejscowość rzeki Svartån, dużo kolorów w postaci fajnej sztuki ulicznej, a ponadto fantastyczny skansen Wadköping, czyli wiernie odwzorowana zabudowa centrum Örebro z XVII i XVIII wieku, wchodząc do której rzeczywiście ma się wrażenie cofnięcia w czasie i gdzie naprawdę można poczuć się jak w minionej epoce. No po prostu rewelacja. 👌

Najfajniejszą zmianą, jaka spotkała nas w Szwecji, była zmiana rosnących na drzewach owoców. 😂 W Norwegii występowały głównie te mniejsze i krzewowe gatunki jak maliny, porzeczki, poziomki czy jagody. Smaczne, nie powiem, ale prawda taka, że ciężko zaspokoić nimi jakikolwiek głód. Zupełnie inaczej sytuacja wygląda właśnie w Szwecji, gdzie przy drodze zaczęło pojawiać się mnóstwo jabłek, gruszek czy śliwek. Było to świetne i zdecydowanie bardziej sycące urozmaicenie naszej diety. 👍

Cały czas poruszamy się na wschód, a naszym celem jest Sztokholm. Po drodze ponownie mijamy kilka malowniczych miasteczek z Vasteras na czele, aż w końcu docieramy do szwedzkiej stolicy. I na niej skupimy się teraz nieco bardziej, bo dla mnie było to najpiękniejsze, najcudowniejsze miasto ze wszystkich, które odwiedziliśmy podczas naszej podróży. Spędziliśmy w nim aż 3 dni, za każdym razem nocując na dziko na innej plaży. 😀

Zacznijmy od tego, że Sztokholm położony jest na 14 wyspach połączonych ze sobą 53 mostami. Nie trzeba zatem chyba wyjaśniać, jak malownicze to miasto, jak przyjemnie spaceruje się (w naszym przypadku głównie pedałuje) w otoczeniu tutejszych rozległych obszarów wodnych. To usytuowanie sprawia, iż szwedzka stolica bywa nazywana nawet Wenecją Północy, choć to oczywiście jest nieco przesadzone porównanie, gdyż uliczki nie są aż tak ciasne, a kanały tak wąskie jak we wspomnianej słynnej włoskiej miejscowości. Niemniej jednak tu naprawdę przepięknie. 😍

Sztokholm to też fantastyczne pałace, zamki i monumentalna architektura innego przeznaczenia. Nie dałoby się wymienić wszystkich zachwycających konstrukcji, lecz na pewno trzeba wspomnieć o usytuowanym na przedmieściach Pałacu Drottningholm, czyli współczesnej rezydencji szwedzkiej rodziny królewskiej, o gmachu Riksdagu, a więc miejscowego parlamentu, o Pałacu Królewskim, o Domie Rycerstwa, o Królewskim Teatrze Dramatycznym… I tak jak napisałem, mógłbym wymieniać jeszcze długo, ale będzie lepiej po prostu zobaczyć to na zdjęciach. 😉

W stolicy Szwecji znajduje się także mnóstwo muzeów, a do wielu z nich wstęp jest całkowicie darmowy. My odwiedziliśmy chociażby Muzeum Narodowe, Szwedzkie Muzeum Historyczne, Muzeum Armii, Livrustkammaren (czyli królewską zbrojownię) czy Muzeum Morskie. Warto zajrzeć również do Hallwyl Museum, które bardziej przypomina pałacową rezydencję aniżeli tradycyjne muzeum i właśnie tym wyróżnia się spośród innych. A uwierzcie mi, jest jeszcze wiele innych, więc podejrzewam, że każdy odnalazłby coś dla siebie.

Naprawdę wyjątkową, aczkolwiek dość nietypową i zdecydowanie mało rowerową atrakcją jest sztokholmskie metro. Spora część tutejszych stacji jest ozdobiona cudownymi, kolorowymi malunkami, a czasem nawet rzeźbami. To taka podziemna galeria sztuki, tyle że porozrzucana, a nie skupiona w jednym miejscu. Może to trochę głupie, ale przyznam szczerze, że była to jedyna atrakcja, na którą wydaliśmy pieniądze. 😅 Zostawiliśmy rowery, kupiliśmy bilety na metro i jeździliśmy nim od stacji do stacji, nie żeby gdzieś dojechać, ale żeby je po prostu pooglądać. I wiecie co? Zupełnie nie żałuję. 😂

No i murale oraz szeroko rozumiany street art, czego jako wielbiciel tej kategorii nie mógłbym pominąć. Warto zobaczyć zwłaszcza leżące poza centrum Snösätra Graffiti Wall of Fame, które jest w pewnym sensie całą opuszczoną dzielnicą pokrytą przeróżnymi muralami i tego typu dziełami. Dla mnie bajka! 👌

Oczywiście o szwedzkiej stolicy można by pisać jeszcze długo, ale i tak ciężko byłoby wspomnieć o jego wszystkich zachwycających punktach, dlatego więcej możecie zobaczyć na fotografiach. A ze Sztokholmu udaliśmy się z powrotem na zachód, bo przecież następnym krajem na naszej trasie była Dania. Ale spokojnie, czas Danii przyjdzie później, bo wciąż pozostało do opisania wiele przygód ze Szwecji. Na dzisiaj już jednak wystarczy, więc o nich będzie w następnej części. 😉

A na koniec jeszcze tylko kilka interesujących ujęć z drogi, bo od norweskiej granicy do szwedzkiej stolicy trochę kilometrów zrobiliśmy, także udało się „ustrzelić” parę fajnych kadrów. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *