Rowerem dookoła Bałtyku – relacja cz.12 (Szwecja cz.3 – Kattegattleden)

Kolejny odcinek relacji z ubiegłorocznej wyprawy dookoła Bałtyku. Dziś 12. część (3-8.09.2020), która w całości poświęcona będzie pierwszej szwedzkiej narodowej drodze rowerowej, a jednocześnie najlepszemu szlakowi rowerowemu Europy w 2018 roku. Czy słusznie otrzymała takie miano? Na końcu moja opinia na ten temat, ale najpierw przyjrzyjmy się jej nieco dokładniej. 😉

A więc wspomniana droga nazywa się Kattegattleden, prowadzi wzdłuż szwedzkiego zachodniego wybrzeża i cieśniny Kattegat, od której bierze swą nazwę. Liczy około 390km i jest częścią szlaku EuroVelo 7 łączącego Maltę z Nordkapp. Rozciąga się między Helsingborgiem a Göteborgiem, zatem mieści się w dwóch regionach administracyjnych – Halland oraz Skania. My poruszaliśmy się „pod prąd”, bo zaczęliśmy w Göteborgu (o którym więcej pisałem w poprzedniej części relacji) i jechaliśmy w kierunku południowym. 😉

Tak wygląda poglądowa mapa szlaku Kattegattleden.
(źródło: kattegattleden.se)

Zacznijmy od miejsca, w którym spędziliśmy noc po opuszczeniu Göteborga, bo było to miejsce rewelacyjne. Biwakowaliśmy w całkowitej ciszy i spokoju, przy niezwykle malowniczej zatoce rybackiej. Wcześniej nawet nie przypuszczałem, że coś takiego w ogóle w Szwecji istnieje, gdyż wcześniej nie trafiliśmy w tym kraju na żadną tego typu miejscówkę. Od razu przypomniały mi się cudowne noce na Lofotach. 😉

Kattegattleden natychmiast zaczęła mi się podobać. Tak jak do tej pory w Szwecji nie mieliśmy po trasie żadnych zachwycających widoków, tak tu od samego początku poziom piękna otaczających scenerii wyraźnie poszedł w górę. Szlak prowadził przy wodzie, przez pola golfowe i stadniny koni, aż w końcu dotarliśmy do malowniczej miejscowości Kungsbacka, z fajnym rynkiem, na którym stoi tzw. „drzewo życia”. 🙂

Dzień ten zakończyliśmy zbaczając minimalnie w końcowej jego fazie z głównego szlaku, aby dotrzeć do zamku Tjolöholm. Rezydencja sama w sobie jest bardzo ciekawa, ale jeszcze ciekawszy jest fakt, iż na jej tyłach znajduje się plaża z pięknym widokiem na fiord i z kilkoma wyznaczonymi miejscami do grillowania. A jako że był już wieczór, postanowiliśmy rozbić tam namiot i zostać na noc. Można więc powiedzieć, że mieliśmy niemalże królewski nocleg. 😀

Z samego rana wróciliśmy na Kattegattleden i mijaliśmy kolejne interesujące miejsca, wzdłuż których wiedzie ten szlak. Najpierw była to plaża kitesurferów, gdzie mimo wczesnej pory przynajmniej kilkunastu śmiałków zmagało się z różnym skutkiem z siłami tamtejszej natury. Nie muszę chyba dodawać, że tę naturę tworzą nie tylko morskie fale, ale przede wszystkim bardzo silny wiatr. Trzeba przyznać, mówiąc łagodnie, że nie ułatwiało to zbytnio jazdy. 😂 To w sumie największe utrudnienie na całym szlaku, ale z drugiej strony nie można się temu dziwić, skoro wybrało się trasę wzdłuż linii brzegowej. 😛

Jedna z plaż kitesurferów, których na całym szlaku spotkaliśmy wiele.

Nasz kolejny przystanek to Getterön Nature Reserve, czyli jedno z najlepszych ptasich sanktuariów północnej Europy. Wpływ na to ma głównie rzeka Himleån i rosnące na niej rośliny, które zapewniają pożywienie rozwijającemu się w ciepłej wodzie ogrzewanej słońcem fitoplanktonowi. Ten natomiast chętnie zjadany jest przez insekty, insekty przez kaczki, i tak dalej, jak to w łańcuchu pokarmowym zwykle bywa. Konkluzja z tego jest taka, że przez cały rok oglądać można tu różnego rodzaju ptaki, do czego przygotowano specjalne punkty obserwacyjne. A ze wspomnianego ptasiego królestwa już rzut beretem do miejscowości Varberg, gdzie znajduje się zabytkowa twierdza i fajna promenada, która w pewnym momencie zmienia się częściowo w kamienny wąwóz. 👍

Później był zabytkowy Falkenberg z XVIII-wiecznym kamiennym mostem nad rzeką Ätran, inny kamienny most z małym wodospadem w bliżej nieokreślonej lokalizacji, aż w końcu siedziba władz regionu Halland, czyli Halmstad, gdzie znajdziemy chociażby XVII-wieczny zamek. Jednak nie zawsze dopisywała nam pogoda, do silnego wiatru co jakiś czas dochodził spory deszcz, tak było właśnie we wspomnianym Halmstad, więc nie spędziliśmy tam zbyt wiele czasu.

Któregoś razu napotkaliśmy nieplanowaną atrakcję, którą nie sposób zobaczyć jadąc Kattegattleden na co dzień, a mianowicie trafiliśmy na zlot klasycznych samochodów. Zbliżał się wieczór, więc w chwili naszego przyjazdu właściciele aut zaczęli już powoli zbierać się do odjazdu, ale przez chwilę mogliśmy pooglądać te ciekawe maszyny. A było to niedaleko za miejscowością Torekov, gdzie można odwiedzić między innymi mieszczące się w dziobie statku małe Muzeum Morskie. 😉

Dalej było kilka zamków i pałaców. Na większą uwagę zasługują „gwiezdny” (na zdjęciach zobaczycie dlaczego) Krapperup Castle, Kulla Gunnarstorp Castle oraz usytuowany na przedmieściach Helsingborga Sofiero Palace, będący niegdyś jednym z wiejskich dworów szwedzkiej rodziny królewskiej. 👌

A skoro już wspomniałem o Helsingborgu, to właśnie tu kończy się szlak Kattegattleden, ta miejscowość była także ostatnią, którą odwiedziliśmy w Szwecji, bo właśnie stąd przeprawiliśmy się promem do Danii. Warto poświęcić jej nieco więcej czasu, gdyż mimo że to niezbyt duże miasto, bez wątpienia jest bardzo ciekawe. Głównymi tutejszymi atrakcjami są Kärnan (średniowieczna wieża będąca pozostałością po dawnej twierdzy, do której prowadzą efektowne, jakby to nie zabrzmiało, schody) oraz cudowny ratusz (zdecydowanie najpiękniejszy ze wszystkich tego typu obiektów, które widzieliśmy podczas całej podróży). Nie znaczy to oczywiście, że poza tymi dwoma wymienionymi konstrukcjami nie ma tu nic więcej interesującego, nic z tych rzeczy. Ale żeby nie przedłużać, pozostałe miejsca godne uwagi pokażę już w poniższej fotogalerii. 😉

Podsumowując pokrótce Kattegattleden, w moim przekonaniu jest on warty przejechania. Nie ma tu wprawdzie na każdym kroku tak cudownych krajobrazów jak w Norwegii, ale z drugiej strony nie trzeba też co chwilę męczyć się wspinaczką pod kolejną górę. Szlak jest więc dość prosty, bardzo dobrze oznaczony, przez większą część prowadzi po asfalcie, lecz zdarza się także jazda po szutrze przez rezerwaty czy lasy, niemniej jednak takich odcinków nie ma zbyt wiele, a poza tym nie stanowią żadnego wielkiego utrudnienia. Największym utrudnieniem, jak już wcześniej wspomniałem, jest wiejący od morza bardzo mocny wiatr. Na minus też fakt, iż w niektórych fragmentach trasa jest w pewnym sensie sztucznie wydłużona i chwilami kręci się prawie w kółko. Dodatkowo w wielu miejscach na trasie stoją zakazy campingu (wiadomo, to turystyczny szlak, więc nie po to się go rozwijało, aby na nim nie zarabiać…), zatem czasem pojawiały się małe problemy ze znalezieniem „legalnego” miejsca na namiot. Ogólnie jednak jako całość na duży plus, taka mocna czwóra w szkolnej skali. 😀 👍

A podsumowując jeszcze całą Szwecję, to łącznie spędziliśmy w tym kraju 22 noce i przejechaliśmy ponad 1600km. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *