Rowerem dookoła Bałtyku – relacja cz.13 (Dania)

Czas na przedostatnią, 13. część relacji z ubiegłorocznej wyprawy rowerowej dookoła Bałtyku. Mimo że trzynasta, wcale nie będzie pechowa i skupi się na tygodniu, który spędziliśmy w Danii, a było to w dniach 8-14.09.2020. 😉

Zacznijmy od tego, jak dostaliśmy się do Danii. Poprzedni rozdział relacji zakończyliśmy w szwedzkim Helsingborgu i właśnie stamtąd króciutkim, dosłownie 20-minutowym promem przepłynęliśmy do usytuowanego po przeciwległej stronie cieśniny Sund miasta Helsingør. Taka przyjemność kosztowała nas (za dwie osoby) 116 koron szwedzkich (czyli nieco ponad 50zł). Niby nie tak dużo, ale gdyby była inna opcja, nie korzystalibyśmy z promu, lecz przez jedyne połączenie drogowe, a więc Most nad Sundem, nie wolno jechać rowerem, zatem nie mieliśmy większego wyboru.

Nie wiem czy ktoś z Was kojarzy Helsingør, ale czytelnicy szekspirowskiego „Hamleta” na pewno będą znać Elsynor… a to jest dokładnie to samo. 🙂 Otóż Shakespeare tak zachwycił się niegdyś tym miastem, że osadził tu akcję swojej najsłynniejszej sztuki. Jej przeważająca część odbywała się w miejscowym, zachwycającym zamku Kronborg, a tak naprawdę w wielu miejscach tej miejscowości znajdziemy mniejsze lub większe „hamletowskie” nawiązania. 🙂

Dania to w ogóle taki zamkowo-pałacowy kraj, a przynajmniej trasa, którą my wybraliśmy, skupiała się głównie na takich atrakcjach. Mówię o tym, bo naszym kolejnym przystankiem był Fredensborg Palace, czyli wiosenno-jesienna rezydencja duńskiej rodziny królewskiej, a także miejsce podejmowania obcych głów państw goszczących w Danii z oficjalną wizytą. I może sama architektura pałacu nie jest jakaś totalnie unikalna i niesamowita, ale otaczające go ogrody zdecydowanie zasługują na słowa uznania i na pewno warto się nimi przespacerować. 👍

Niecałe 10km dalej położy jest Zamek Frederiksborg. Tu na wstępie zaznaczę, że dla mnie to bezapelacyjnie najwspanialszy zamek, jaki udało nam się zobaczyć podczas naszej całej 108-dniowej podróży. Jest on położony przy jeziorze Slotssøen, składa się z czterech części, z których trzy (przedzamcze, zamek dworski i rezydencja króla) leżą na osobnych wysepkach. Ponadto, już na stałym lądzie, mamy okazję pospacerować po tutejszym przecudownym ogrodzie. Tak naprawdę cały kompleks oglądać można z wielu stron, z przeróżnych perspektyw i ciężko się zdecydować, która z nich jest najpiękniejsza. Moim zdaniem to obowiązkowe miejsce do odwiedzenia podczas pobytu w Danii. 👌

Jeśli chodzi o podróże z namiotem w Danii, legalnie nie można rozstawiać go w dowolnym miejscu, jednak jest dostępnych wiele wyznaczonych, specjalnie przygotowanych do tego celu przestrzeni. Często nie są to tereny państwowe, a użyczone niezmotoryzowanym turystom na przykład przez rolników. Któregoś razu, wybierając jedno z takich miejsc, trafiliśmy na łąkę… na której pasło się mnóstwo koni. Tak nietypowego towarzystwa noclegowego raczej nie znajduje się na co dzień i było to naprawdę ciekawe oraz radosne przeżycie. Tym bardziej że konie, a zwłaszcza małe kuce, zupełnie się nas nie obawiały i śmiało podchodziły. Na tyle śmiało, że kiedy rozstawialiśmy namiot, a nasze rzeczy leżały z boku niepilnowane, jeden z nich postanowił spróbować jak smakują zakupione przez nas wcześniej tego dnia ciasteczka. 😂

W końcu dojechaliśmy do Kopenhagi. Tradycyjnie już, jak to było również w przypadku relacji z poprzednich odwiedzanych przez nas stolic, wyróżnię parę punktów, które zrobiły na mnie największe wrażenie i w paru słowach je opiszę. Bo w najważniejszym duńskim mieście atrakcji jest całkiem sporo. 👍

Na pierwszy ogień weźmy Zamek Rosenborg. To dawna rezydencja królów Danii, która obecnie służy jako muzeum poświęcone duńskim monarchom. W pewnym stopniu architekturą przypomina mi opisywany wcześniej Zamek Frederiksborg i też prezentuje się bardzo efektownie. Do tego znajduje się w pięknym parku z mnóstwem przeróżnych rzeźb, jest zatem również świetnym miejscem na odrobinę relaksu od miejskiego zgiełku. 👌

Pozostając w królewskiej tematyce, przejdźmy do Christiansborgu, czyli siedziby królewskiej do 1794 roku, pełniącej obecnie funkcje parlamentu, sądu i muzea. Wyróżnia go przede wszystkim fakt, iż na tutejszą 106-metrową wieżę można wejść (a właściwie wjechać windą) całkowicie za darmo i podziwiać z niej panoramę całego miasta. I to dosłownie, bo z góry widoki rozciągają się na każdą z czterech stron. Ponadto w jednym ze skrzydeł pałacu mieszczą się królewskie stajnie, a na jego dziedzińcu cały czas chodzą piękne białe konie. Po prostu rewelacyjne miejsce! 🙂

Obowiązkowo trzeba odwiedzić też Nyhavn, czyli najbardziej kolorową i radosną ulicę Kopenhagi. Tutejsze kamienice pomalowane są na tak różne jaskrawe barwy, że aż ciężko oderwać od nich wzrok. Ponadto znajduje się tu też kanał wodny, co jeszcze bardziej podnosi urok tego miejsca. A jako ciekawostkę dodam, iż właśnie przy tej ulicy mieszkał kiedyś jeden z najsłynniejszych Duńczyków – Hans Christian Andersen. 😉

Kolejnym miejscem, które zdecydowanie warto zobaczyć jest Plac Ratuszowy. Nie dość, że mieści się tu efektowny gmach ratusza (co akurat nie powinno być zaskoczeniem biorąc pod uwagę nazwę placu 😛), to znajdziemy także chociażby ciekawą „smoczą” fontannę, pomnik wspomnianego już w poprzednim akapicie Andersena czy nietypową wieżę na jednym z budynków z tzw. Pogodynką, która w zależności od pogody wyłania się albo na rowerze, albo z parasolem i psem. 😀 A jakby to nie wystarczało, to tuż obok rozciągają się słynne Ogrody Tivoli, będące ogrodem i parkiem rozrywki w jednym, a jednocześnie najczęściej odwiedzanym parkiem rozrywki w Skandynawii i trzecim pod tym względem w całej Europie. A z racji tego, że został on otwarty 15 sierpnia 1843 roku, jest także drugim najstarszym parkiem rozrywki świata. 😮

Ja lubię pisać o muralach w odwiedzanych przeze mnie miastach, lecz w przypadku Kopenhagi grzechem byłoby o nich nie wspomnieć. Jest tu mnóstwo wspaniałych przykładów street artu, a w wielu miejscach ich nagromadzenie czyni niezwykle barwnymi całe dzielnice. I tak na uwagę na pewno zasługuje kilkanaście wielkoformatowych dzieł na przeciwległych stronach bloków przy ulicy Rentemestervej, Christiania (Wolne Miasto), o której krążą różne opinie, aczkolwiek dla mnie to po prostu świetna dzielnica streetartowa oraz Bolsjefabrikken czy Bananna Park. Lecz prawda jest taka, że w Kopenhadze chyba dużo łatwiej napotkać jakieś ciekawe murale, niż nie zobaczyć ich wcale. 😉

Oczywiście w duńskiej stolicy mieści się jeszcze mnóstwo innych atrakcji, ale ja wypisałem te moim zdaniem najważniejsze, a resztę możecie zobaczyć poniżej na zdjęciach. Muszę jeszcze napisać 2 słowa o jeździe rowerem po tym mieście, bo życzyłbym sobie i wszystkim innym rowerzystom, aby wszędzie panowały takie warunki. Otóż tutejsze drogi rowerowe to po prostu bajka, a większość krawężników jest tak wyprofilowana, że zupełnie nie odczuwa się ich pod kołami (nawet z 30-kilogramowymi sakwami). Wiele dróg jest jednokierunkowych, więc nie ma niebezpieczeństwa, że zderzymy się z kimś nadjeżdżającym z naprzeciwka (oczywiście trochę to utrudnia jak przykładowo pomylimy drogę i chcemy zawrócić, bo musimy dojechać do pasów i przejechać na drugą stronę ulicy, no ale coś za coś). Ponadto rowerzyści są tu traktowani na równi z kierowcami samochodów, a czasem nawet i lepiej, gdyż na przykład na wielu światłach wyznaczone są dla rowerzystów miejsca przed samochodami, aby mogli spokojnie ruszyć jako pierwsi). I nikt tu nie traktuje rowerzysty tylko i wyłącznie jako „zawalidrogi”, przynajmniej ja się nigdy z czymś takim nie spotkałem. A rowerzystów jest mnóstwo, z przeróżnymi rowerami. Byliśmy nawet świadkami sytuacji, kiedy malutka (może 4-letnia) dziewczynka jechała trójkołowym rowerkiem normalnie po ulicy (rzecz jasna w towarzystwie ojca), mimo że w ustach wciąż miała smoczek. 😂 Kompletnie inny świat. 🙂

Opuszczając Kopenhagę postanowiliśmy pobawić się jeszcze trochę w detektywów i ruszyć na poszukiwanie 6 Zapomnianych Gigantów (The Six Forgotten Giants). Oczywiście piszę to z lekkim przymrużeniem oka, jednak fakt faktem, iż na obrzeżach duńskiej stolicy z martwego drewna powstało 6 ogromnych rzeźb trolli. Dzięki ich twórcy, Thomasowi Dambo (oraz lokalnym wolontariuszom), możemy zatem doświadczyć bardzo nietypowej i oryginalnej przygody, a nam ostatecznie udało się odnaleźć całą szóstkę – Śpiącego Louisa, Trine na Szczycie Góry, Oscara pod Mostem, Małego Tilde, Thomasa na Górze i Przyjacielskiego Teddy’ego. 😀

Jako że poruszaliśmy się w stronę Niemiec, nie mogliśmy przepuścić okazji jazdy wzdłuż duńskiego wschodniego wybrzeża i zobaczenia tamtejszych białych klifów. Najokazalszymi z nich jest chyba Stevns Klint, gdzie turystów przyciąga także XIII-wieczny kościół, którego prezbiterium w 1928 roku runęło do wody wraz z oberwanym klifem. Co ciekawe, to miejsce wpisane jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ale to już z zupełnie innego powodu. Otóż tutejsze skały są podobno dowodem na uderzenie w Ziemię 65 milionów lat temu meteorytu, który spowodował wyginięcie około 50% ówczesnego życia, w tym dinozaurów. 😮

Po nacieszeniu swych oczu klifami udaliśmy się do ostatniego duńskiego miasta na naszej mapie, a więc do Gedser, skąd odpływają promy do Niemiec, konkretnie do Rostocku. Tam spędziliśmy ostatnią noc w Danii, w fajnym miejscu z widokiem na Morze Bałtyckie. A podsumowując całą naszą duńską przygodę, spędziliśmy w tym kraju 8 dni (z czego 3 w Kopenhadze) i przejechaliśmy około 400km. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *