Rowerem dookoła Bałtyku – relacja cz.14 (Niemcy, Polska)

Wszystko się kiedyś kończy, także dziś przyszła pora na ostatnią, 14. część relacji z ubiegłorocznej wyprawy rowerowej dookoła Bałtyku. Finałowy odcinek to 3 noce w Niemczech oraz przejazd praktycznie przez całą Polskę z zachodu na wschód, od granicy aż do Białegostoku. A miało to miejsce w dniach 15-25.09.2020. 😉

Poprzednia relacja skończyła się biwakiem w duńskim Gedser, przy samym Morzu Bałtyckim, skąd ledwie 1 kilometr dzielił nas od przystani promowej. Co ciekawe, bilety kupiliśmy w automacie, nie było żadnej kontroli czy choćby sprawdzania dowodów osobistych, mimo że już wtedy wiele krajów było niby zamkniętych i krążyło sporo plotek o trudności w przekraczaniu granic… Za dwie osoby zapłaciliśmy łącznie 210 duńskich koron (niecałe 130zł) i niespełna dwie godziny później byliśmy już w niemieckim Rostocku. 🙂

Niemcy traktowaliśmy już w pewnym sensie tylko jako konieczny do przejechania fragment trasy łączący Skandynawię z Polską, nie mieliśmy względem tego kraju jakichś wielkich oczekiwań, niemniej jednak w naszym planie było odwiedzenie po drodze trzech tamtejszych miejscowości. Pierwszą z nich był wspomniany już Rostock, który szczerze mówiąc był dla mnie sporym pozytywnym zaskoczeniem. Okazał się on nadspodziewanie ładnym miastem, zwłaszcza jego malownicze centrum z Rynkiem, i mam stamtąd same miłe wspomnienia. Tym bardziej, że od sprzedawcy z rowerowej kawiarni otrzymaliśmy małe kawki, a takie nawet drobne bezinteresowne gesty po prostu pozostają w pamięci. 😉

A kiedy wydawało się, że nic więcej już nas nie zaskoczy, trafiliśmy do prawdziwego truskawkowego królestwa. 😀 Mam tu na myśli Karl’s Adventure Village w Rövershagen, czyli atrakcję, której chyba nigdy bym się nie spodziewał. Mówiąc w skrócie, to park rozrywki oraz fabryka produktów właśnie z truskawkami w roli głównej. Można tu kupić praktycznie wszystko, co tylko da się z tego owocu przyrządzić, od zwykłych dżemów czy soków, przez wina, na kawie o smaku truskawek kończąc, a wszystko jest robione na miejscu ze świeżych truskawek, więc i zapachy są po prostu fantastyczne. Ponadto, skoro to też park rozrywki, istnieje opcja przejażdżki truskawkową kolejką. I może brzmi to dość banalnie, ale uwierzcie mi, to istny truskawkowy raj, rewelacyjne miejsce, którego nie da się opuścić bez szerokiego uśmiechu na ustach. 🙂 🙂

Tak jak wspomniałem wcześniej, w Niemczech planowaliśmy odwiedzić 3 miasta. Opowiedziałem trochę o Rostocku, to teraz czas na pozostałe dwa – Stralsund i Greifswald. Właściwie żadne z nich nie zaskoczyło nas niczym szczególnym, zwłaszcza Greifswald prezentuje się dość blado, a oba są do siebie w pewnym sensie podobne – dominuje w nich architektura ceglanego gotyku, a na pierwszy plan wysuwają się potężne wieże, głównie kościelne. W przypadku Stralsund można jeszcze wyróżnić tamtejsze oceanarium, w Europie ustępujące wielkością jedynie tego typu placówkom w Lizbonie i w Walencji, lecz my nie zdecydowaliśmy się na wizytę, więc żadnych zdjęć z wnętrza nie pokażę. 😉

Muszę przyznać, że mocno zawiodłem się na niemieckich drogach. Być może nie jest tak wszędzie, ale obrana przez nas trasa, a więc właściwie najkrótsza trasa łącząca te 3 opisane miejscowości i Polskę, była po prostu fatalna. Jechaliśmy albo po piachu przez las, albo po kamiennych płytach, gdzie czuliśmy się jak na jakimś galopującym koniu… Pewnie na lekko nie byłoby aż tak źle, no ale z ciężkimi sakwami – dramat… A może po prostu za bardzo przyzwyczailiśmy się do niemal idealnych dróg jeżdżąc po Skandynawii… 😉

I tak się skończyła nasza dość krótka przygoda z Niemcami. Zwięźle ją podsumujmy – jak napisałem we wstępie, spędziliśmy tam 3 noce, a przejechaliśmy ledwie nieco ponad 200km. Ale mówiąc szczerze, wcale nie żałuję, że w kraju naszych zachodnich sąsiadów byliśmy tak krótko, gdyż był to w gruncie rzeczy chyba najmniej przyjemny odcinek naszej całej podróży…

Trasy przez Polskę nie będę już szczegółowo opisywał, bo tę, mając już za sobą ponad 100 dni podróży, chcieliśmy po prostu przejechać jak najszybciej. Pisząc „jak najszybciej” mam na myśli najmniejszy kilometraż, dlatego zazwyczaj wybieraliśmy główne, często mało atrakcyjne drogi. Przejeżdżaliśmy oczywiście przy tym przez wiele miast, ale tylko w skrócie napiszę swoje spostrzeżenia, takie plusy i minusy. A więc zacznijmy od tego, co było najgorsze. Na pierwszy plan wysuwa się tu Szczecin, który pod względem rowerowym jest po prostu dramatyczny. Drogi rozkopane, słabo oznaczone, popękana w wielu miejscach nawierzchnia, zupełnie nie wiadomo jak i którędy jechać, bo drogi rowerowe po prostu nagle się urywają… W tej samej kategorii umieściłbym fragment szlaku Green Velo z Łomży na Gać, gdzie łatwiej było jechać poboczem (a właściwie polem) niż ścieżką… Przejdźmy lepiej do pozytywów. 🙂 Na czele Bydgoszcz z fajnymi muralami oraz Golub-Dobrzyń z efektownym zamkiem krzyżackim i ładnym Rynkiem. Na plus również Stargard (zwłaszcza tamtejszy ratusz) i Toruń jako całość. Była jeszcze chociażby Mława, Ostrołęka czy Piła, ale tam nie zaskoczyło nas nic ani pozytywnego, ani negatywnego. Podsumowując ostatni, polski odcinek naszej podróży – 7 noclegów, nieco ponad 700km i po 108 dniach od startu wracamy do domu! 😉

I tak kończy się relacja z naszej rowerowej podróży dookoła Bałtyku. Podróży, która w mojej pamięci bez wątpienia pozostanie już na zawsze, która była po prostu fantastyczną przygodą! Na tyle fantastyczną, że dodatkowo pobudziła mój apetyt na kolejne tego typu wyprawy. Stąd też pomysł na „Balkasię”, o której więcej możecie przeczytać tutaj. Czy uda się ją zrealizować w obecnych czasach? Zobaczymy… Dla mnie najważniejsze, aby po prostu być w drodze i się tym cieszyć. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *