Rowerem dookoła Bałtyku – relacja cz.7 (Norwegia cz.3)

Zapraszam na kolejną, 7. już część ubiegłorocznej wyprawy rowerowej dookoła Bałtyku. Tym razem relacja z następnych sześciu dni, tak żeby skończyć dzisiejszy opis równo z końcem miesiąca podróży – konkretniej mówiąc wszystko to, co przytrafiło nam się w dniach 26-31.07.2020. 😉

Finałem poprzedniej części było dotarcie do Trondheim, trzeciego największego pod względem liczby ludności miasta Norwegii (po Oslo i Bergen). Na miejscowej plaży spędziliśmy noc, aby z samego rana rozpocząć zwiedzanie. A trzeba przyznać, że jest tu co zwiedzać, więc krótko wspomnę o kilku miejscach, które zrobiły na mnie największe wrażenie. 🙂

Nocleg w Trondheim - świetne miejsce na przygotowanie posiłku i świetne widoki 🙂

Na początek Burmaklippen, który jest mniejszą kopią Trolltungi (Języka Trolla). Tak jak w przypadku słynniejszego kuzyna, to zwisająca nad przepaścią skała o charakterystycznym kształcie, z której rozciągają się fajne panoramy miasta oraz tutejszego fiordu. Co ważne, aby dotrzeć do Burmaklippen wystarczy 10-15 minut niezbyt wymagającej wspinaczki, więc zdecydowanie warto. 👍

Wystająca półka skalna Burmaklippen, czyli najbardziej unikalny punkt widokowy w Trondheim.

Drugim miejscem jest Gamle Bybro, a więc Most Staromiejski nad rzeką Nidelvą. Właściwie nie chodzi nawet o sam most, a o okolicę, przede wszystkim zabytkową dzielnicę Bakklandet. To mnóstwo kolorowych, drewnianych domków na palach, tuż przy wspomnianej rzece. Prezentuje się to niezwykle malowniczo i uważane jest za największą atrakcję całego Trondheim. 😉

Niezwykle malownicza tutejsza zabudowa 😍

Ostatni punkt to Granåsen, czyli tutejszy kompleks skoczni narciarskich. Mimo że są one w stałym użyciu, a na dużym obiekcie rokrocznie odbywają się zawody Pucharu Świata (w tym roku mają być w połowie marca), to są całkowicie otwarte i udostępnione do zwiedzania zupełnie za darmo. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, aby wejść na samą górą, a nawet usiąść na belce startowej. 😮 Po prostu mega atrakcja, i to nie tylko dla fanów sportu czy skoków narciarskich. A widoki ze szczytu po prostu bajka. 😍
PS Rekordzistą tej skoczni od 2018 roku jest Kamil Stoch. 🇵🇱💪

Jeśli mowa o Trondheim, to warto też wspomnieć o jedynej na świecie windzie rowerowej. Pewnie napisałbym o niej więcej, gdyby nie fakt, że niestety zimą jest ona nieczynna. A okazuje się, że w Norwegii pod koniec lipca wciąż trwa zima. 🤦 Poza tym godnymi uwagi są jeszcze bez wątpienia efektowna miejscowa katedra oraz Utsikten, czyli kolejny bardzo fajny punkt widokowy. To wszystko też możecie zobaczyć na poniższych zdjęciach. 😉

Charakterystycznym, zauważalnym przez nas często elementem w Norwegii są cmentarze zaraz przy kościołach. Ludzie są chowani tuż obok swojej parafii, a co ważniejsze, pamiątką po nich są proste płyty nagrobne i nikt nie prześciga się w walce o najpiękniejsze grobowce czy nie wiadomo jakie pomniki. Moim zdaniem to właściwe i logiczne, bo nie sądzę, aby zmarłemu robiło wielką różnicę, w jak wielkim czy jak cudownym spoczywa grobie…

Fajna niespodzianka spotkała nas nieopodal miejscowości Oppdal, kiedy zatrzymaliśmy się na posiłek. Traf chciał, że obok był akurat jakiś bar i zajazd w jednym, a w nim… darmowe prysznice. 😀 Ostatnie dni były deszczowe i bardzo zimne, więc w pewnym stopniu w tym okresie ograniczaliśmy kąpiele w jeziorach. Tu trafiła się możliwość komfortowego, ciepłego, pełnoprawnego prysznica, co było dla nas wielką ulgą. Tym bardziej, że poprzednią ciepłą kąpiel mieliśmy okazję zażyć w fińskim Rovaniemi, prawie 3 tygodnie wcześniej. 😅 I może brzmi to dość banalnie, ale właśnie takie są uroki codziennego nocowania w namiocie – czasem nawet zwykły ciepły prysznic może wywołać ogromną radość. 😀

Kolejną z zaplanowanych przez nas atrakcji do zobaczenia był Vinnufossen, czyli najwyższy wodospad całej Europy (6. na świecie), mierzący aż 865m. 😮 Prawda jest jednak taka, że z perspektywy ulicy nie robi on jakiegoś oszałamiającego wrażenia, powiedziałbym nawet, że nie będąc świadomym jego „rekordowości” pewnie stałby się dla mnie jednym z wielu, gdyż w tym regionie jest sporo podobnych, a nieraz nawet efektowniejszych wodospadów od tego konkretnego. Niemniej jednak odbiór Vinnufossen całkowicie zmienia się, kiedy podejdziemy do niego bliżej. Wystarczy przejść około 1km odrobinę się wspinając, aby stanąć tuż przed nim i poczuć pełnię jego mocy. Mało tego, z góry rozciągają się naprawdę fantastyczne widoki całej okolicy. 😍 Także powiedzenie, że pierwsze wrażenie często bywa mylne, jest tu jak najbardziej trafne, a koniec końców zdecydowanie warty jest on polecenia. 👌 A w planach jest wybudowanie w tym miejscu schodów prowadzących na sam szczyt, które mają stać się najdłuższymi na całym świecie. Ich pierwsza część, prowadząca póki co na wysokość 430m miała być oddana już w 2021 roku, jednak kiedy my byliśmy tam w lipcu ubiegłego roku nie widzieliśmy kompletnie żadnych trwających w tym kierunku prac…

Do tej pory rzadko skupiałem się na naszych dzikich miejscach noclegowych, ale to w Åndalsnes po prostu muszę opisać. Nie dość, że mieliśmy cudowne widoki (do czego w Norwegii zdążyliśmy już się praktycznie przyzwyczaić), to jeszcze wokół było mnóstwo palenisk i piknikowych stolików. Dodatkowo tuż obok znajdowała się toaleta z gniazdkami elektrycznymi, a nawet prysznic z ciepłą wodą. 🙌 Przyznajcie sami, czego chcieć więcej? 😉 A to wszystko na miejscowej plaży, na której towarzyszyły nam tej nocy jeszcze dwa inne namioty. Zresztą w Norwegii nocowanie na plaży (o ile w danym miejscu nie ma akurat zakazu) jest po prostu idealnym rozwiązaniem. 👌

To wciąż nie koniec o Åndalsnes, bo właśnie w tym mieście znajduje się naprawdę fantastyczna atrakcja, do której udaliśmy się z samego rana następnego dnia. Mam tu na myśli platformę widokową Rampestreken, z której rozciągają się zapierające dech w piersiach, nieprawdopodobne wręcz panoramy. Aby się do niej dostać, trzeba przejść około 2km i wspiąć się przy tym 537 metrów, bo właśnie na takiej wysokości jest ona usytuowana. Ale powiedzieć, że warto to zrobić, to tak jakby nic nie powiedzieć. Będąc w tej okolicy to po prostu obowiązek. 👍 Należy tylko wziąć pod uwagę, że platforma jest dość wąska, a z racji tego, iż nikt nikomu nie chce wpychać się na głowę, ustawiają się przed nią spore kolejki. Warto zatem przyjść możliwie jak najwcześniej, aby uniknąć długiego oczekiwania na swoją turę na zdjęcie czy na zwyczajne cieszenie się przepięknymi sceneriami. 😉

No a dzisiejszą część relacji kończymy naprawdę mocnym rowerowo uderzeniem. Oto chyba najciekawsze z tych wyzwań, na które nastawiałem się już przed startem podróży. Mowa o Drodze Trolli (lub Drabinie Trolli, tłumacząc bardziej dosłownie), czyli jednej z najsłynniejszych dróg całej Norwegii, głównie za sprawą usytuowanego na jej szczycie punktu widokowego, z którego można podziwiać ją w pełnej „powykrzywianej” krasie. 😀 Kilka faktów o niej – 11 serpentyn, prawie 11km długości podjazdu i ponad 800m przewyższenia. Średnie nachylenie 7,6%, w niektórych fragmentach dochodzące nawet do 12%. Co ciekawe, okazało się, że wjeżdżając pod górę, byliśmy jej dodatkową atrakcją dla innych. Ludzie z samochodów bili nam brawa, dopingowali nas, robili zdjęcia. Normalnie jak na jakimś etapie wyścigu kolarskiego. 😂 Bardzo fajne przeżycie, które na pewno pozostanie w pamięci już na zawsze. 🙂

A żeby tradycji stało się zadość, jeszcze ostatnia porcja zdjęć – noclegi, fotki trasy i wszystkie inne miejsca, których nie objęła relacja tekstowa. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *