Rowerem dookoła Bałtyku – relacja cz.8 (Norwegia cz.4)

Czas na 8. już część relacji z ubiegłorocznej podróży dookoła Bałtyku. Dziś relacja z kolejnych 6 dni (1-6.08.2020), czyli fantastyczne fiordy, przepiękne drogi sceniczne, mnóstwo atrakcji i pierwsze bardzo poważne problemy sprzętowe. No ale wszystko po kolei. 😉

Poprzedni rozdział zakończyliśmy pokonaniem Drogi Trolli i noclegiem w malowniczym miejscu niedaleko niej. Następnego dnia zbudziły nas brzdękające dzwoneczki pasterskie, takie, które zakłada się zwierzętom, aby łatwiej je zlokalizować. Po otwarciu namiotu naszym oczom ukazały się od razu 3 owieczki, które obgryzały krzewy tuż przed wejściem do niego. Dookoła było ich jeszcze więcej, także taka fajna niespodzianka z samego rana i pierwsze sierpniowe śniadanie w bardzo miłym towarzystwie. 😀

Takie towarzystwo z samego rana zapowiada naprawdę piękny dzień 😀

Inauguracyjna atrakcją tego dnia był dla nas Gudbrandsjuvet, czyli wąski wąwóz o wysokości 25m, przez który przepływa rzeka Valldøla. Akurat w tym miejscu tworzy ona niewielki wodospad, aczkolwiek huku towarzyszącego spadaniu wody na pewno „niewielkim” nazwać nie można. Dodatkowo zbudowano tu fajną „kręconą” platformę widokową, z której można to wszystko podziwiać. Jasne, nie jest to atrakcja mogąca konkurować z najcudowniejszymi w kraju, jednak i tak przynajmniej na chwilę warto się tu zatrzymać. 👍

Gudbrandsjuvet z "powykrzywianą" platformą widokową 😉

Stąd niedaleko już do miejscowości Geiranger, a przede wszystkim do jednego z najpiękniejszych w Norwegii, wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO Geirangerfjordu. Aby się do niego dostać, trzeba skorzystać z promu, akurat jadąc od Drogi Trolli po prostu nie ma innej opcji. My wybieramy najkrótszą linię, płynącą ledwie 12 minut z Linge do Eidsdal. Ku naszemu zdziwieniu, po raz kolejny przeprawa promowa dla rowerzystów i pieszych jest całkowicie darmowa. Gdybyśmy o tym wiedzieli wcześniej, może zdecydowalibyśmy się w poprzednich etapach podróży jechać wzdłuż zachodniego wybrzeża Norwegii, z czego zrezygnowaliśmy właśnie ze względu na liczbę promów na tamtej trasie. No ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… 😉

Wreszcie docieramy do Ørnesvingen, a więc platformy widokowej, z której rozciągają się najpiękniejsze panoramy wspomnianego Geirangerfjordu. 😮 Ma on 15 kilometrów długości i otoczony jest stromymi, skalistymi zboczami. I nie będę się nad nim już więcej rozpisywał, bo będzie lepiej, jak po prostu popatrzycie na zdjęcia. 🙂 Oczywiście, żeby się tu dostać, trzeba najpierw się powspinać (około 700m), lecz widoki są po prostu bajkowe, całkowicie zapierające dech w piersiach. 😍

Niestety radość z podziwiania tych cudownych panoram została dość mocno zmącona usterkami sprzętowymi… Już od jakiegoś czasu tylne koło w moim rowerze było jedną wielką ósemką, straciło dwie szprychy, a przy kilku innych popękała obręcz. Najbardziej dało się to odczuć właśnie podczas drogi ze wspomnianego punktu widokowego do miejscowości Gieranger, kiedy rajski 10-procentowy zjazd przerodził się poniekąd w niezbyt bezpieczną przygodę. Strach było na takim rowerze jechać szybko, tylny hamulec przy takim kole bardziej przeszkadzał niż pomagał, a w przednim klocki hamulcowe praktycznie już nie istniały. Droga natomiast była tak kręta, że hamować trzeba było praktycznie cały czas. Nie było innego rozwiązania, z pomocą musiały przyjść… nogi. Prawdopodobnie dla przejeżdżających samochodów wyglądało to dość komicznie, ale dla mnie nie było wtedy zbytnio do śmiechu…

Jeśli chodzi o samo Geiranger, to niezwykle malownicza, ale z drugiej strony również bardzo turystyczna wieś – mnóstwo ludzi, tłoczno, płatne toalety, kolejki do sklepów, campingi wypełnione po brzegi. Mimo tego określiłbym ją mianem jednej z najpiękniejszych miejscowości Norwegii, ale przez zły nastrój w tamtym momencie kompletnie tego nie doceniałem. Zdecydowanie dominowało zmartwienie, bo okazało się, że ani tutaj, ani w najbliższej okolicy nie ma żadnego serwisu czy chociażby sklepu rowerowego. Cały wieczór „kleiliśmy” więc rower, w nadziei że przetrwa jeszcze paręset kilometrów i nie rozpadnie się gdzieś w środku norweskiego pola, a właściwie gór. Ponadto w Geiranger mieliśmy też ogromny kłopot z noclegiem, gdyż ze względu na „turystyczność” tego miejsca, prawie wszędzie stały tabliczki z zakazami nocowania na dziko. Ostatecznie znaleźliśmy jakąś nieuczęszczaną ścieżkę i fragment relatywnie płaskiego terenu w lesie. To było najgorsze miejsce noclegowe podczas naszej całej podróży, a humor chyba jeszcze gorszy…

Ale jak to się mówi – nowy dzień, nowe nadzieje. Nie było innego wyjścia niż zostawić zmartwienia z boku i po prostu ruszyć w dalszą trasę. A trasa zapowiadała się dość ciężka (w sumie w tym rejonie cały czas jest albo mocny podjazd, albo ostry zjazd), ale także niezwykle atrakcyjnie. Pierwszy przystanek to fantastyczny wodospad Storseterfossen. Około 40 minut spacerem od głównej drogi i docieramy do celu. Jest tu niby tylko 35m spadku wody, ale moc przepływu jest tak wielka, że naprawdę robi piorunujące wrażenie. Tym bardziej, że można stanąć tuż przy nim, a właściwe za nim. 😀

Wracamy na rowery i po kolejnych 50m podjazdu zbieramy szczęki z ziemi. 😮 Następny przecudowny punkt widokowy na Geiranger, tym razem perspektywa od strony miasteczka. I tak jak ze wspomnianej wcześniej platformy Ørnesvingen można podziwiać fiord w nieco szerszej perspektywie, tak Flydalsjuvet jest zdecydowanie i bezapelacyjnie najlepszym miejscem na sesję zdjęciową. I nie będę dodawał już nic więcej, popatrzcie sobie na fotografie. 😍

Tego samego dnia po raz pierwszy podczas tej podróży wjechaliśmy na ponad 1000m n.p.m., dokładnie na 1030m, a warto podkreślić, że zaczynaliśmy z równego zera. 😉 W tym czasie warunki były bardzo zmienne, a pogoda deszczowa. Mniej więcej na 800m n.p.m. dopadła nas kompletna szarówka, całkowita mgła, a przez to właściwie brak jakichkolwiek widoków do podziwiania, na szczycie natomiast trafiliśmy do kompletnie innego świata, z jasnymi chmurami i perfekcyjną wręcz widocznością. Ponadto w świecie tym przenieśliśmy się poniekąd do epoki lodowcowej, bo wokół wszędzie były ośnieżone góry, lodowce, a nawet zamarznięte jezioro. Zatem po fatalnym poprzednim dniu, ten okazał się naprawdę cudowny, a skończyliśmy go biwakiem na wysokości 970m n.p.m. 😀

Następne fajne miejscowości na naszej trasie to Bismo oraz Lom. Zwłaszcza ta druga prezentuje się naprawdę ciekawie, głównie za sprawą bardzo interesującego usytuowania, mieszczącego się tu tradycyjnego drewnianego kościoła klepkowego, a także charakterystycznej ciemnobarwnej oraz zabytkowej zabudowie. Naprawdę warto zatrzymać się tu przynajmniej na krótką chwilę. 😉

Po opuszczeniu Lom jechaliśmy Sognefjellet, a więc kolejną sceniczną drogą widokową. W Norwegii podróżując większością zwykłych dróg dookoła rozciągają się cudowne scenerie, więc chyba nie trzeba wyjaśniać, że na tych scenicznych wrażenie otaczającego piękna potęguje się jeszcze bardziej, a wspomniana Sognefjellet jest tego najlepszym przykładem. 👌 Prowadzi ona tuż przy Parku Narodowym Jotunheimen, gdzie znajduje się najwyższy szczyt całej Skandynawii – Galdhøpiggen (2469m n.p.m.). Do tego sama w sobie, a właściwie będąca jej częścią przełęcz Fantestein, jest najwyższą drogą Norwegii, ze szczytowym punktem na wysokości 1434m n.p.m. Inna sprawa, że ze względu na śnieg, zimą (przeważnie od listopada do kwietnia) jest ona całkowicie zamykana i nieprzejezdna. My byliśmy tam na początku sierpnia, a w niektórych miejscach wzdłuż drogi i tak ciągnęły się ponad 3-metrowy zaspy. 😮

W tamtejszych górzystych rejonach musieliśmy się też zmagać ze zdecydowanie najgorszą podczas całej podróży pogodą. Było zimno, deszczowo, ponuro i niesamowicie wietrznie. Właśnie pokonywaliśmy, a właściwie staraliśmy się pokonać kolejny podjazd, jednak wiatr był tak mocny, że praktycznie zwiewało nas z drogi. Na domiar złego pobocza były całkowicie skaliste oraz nierówne, nie mieliśmy więc jakiejkolwiek możliwości na schowanie się czy rozbicie namiotu i przeczekanie. Większość czasu musieliśmy zatem rowery pchać, bo po prostu nie dało się inaczej. Mało tego, wpychać też nie było łatwo, czasem trzeba było wręcz trzymać rower, by nie zostać wraz z nim zepchniętym w innym kierunku. I oczywiście, kiedy się myśli, że już gorzej być nie może… Dokładnie, właśnie wtedy wróciły problemy z kołem. Podjazd ukończony, czas na zjazd, a znowu trzeba hamować nogami… Tym razem nie wziąłem pod uwagę, że miałem na sobie spodnie przeciwdeszczowe, których gumka założona była na buty… Hamowanie się udało, lecz spodnie tego nie wytrzymały. 😅

Po tym wydarzeniu stało się dla nas jasne, że rower już dalej nie dojedzie, że prowizoryczne „łatanie” uszkodzeń już nie wystarczy, że konieczny będzie profesjonalny serwis. Byliśmy właśnie w przepięknej i malowniczej miejscowości Øvre Årdal, postanowiliśmy więc 1 dzień odpocząć od pedałowania, więcej czasu spędzić na nogach i udać się na dłuższy trekking, rozważając przy tym dalsze opcje oraz możliwości naprawy. Ruszyliśmy w kierunku Vettisfossen, czyli najwyższego w Europie wodospadu składającego się z tylko jednego swobodnie opadającego strumienia, którego wysokość wynosi 275 metrów. 👍 To 6,5-kilometrowa wędrówka w jedną stronę, lecz po drodze mija się jeszcze kilka innych wodospadów, a cała trasa prowadzi przez tak urokliwe tereny, że w ogóle nie odczuwa się tego dystansu. A oczywiście na potwierdzenie tych słów znajdziecie kilka zdjęć w poniższej galerii. 😉

Jak już wspomniałem przed chwilą, byliśmy właśnie w Øvre Årdal, czyli kolejnej przecudnej fiordowej norweskiej miejscowości. Jako że poprzedniego dnia pogodę mieliśmy wręcz dramatyczną, nie robiliśmy żadnych zdjęć, lecz nie mogliśmy tego tak zostawić, gdyż wieś ta zdecydowanie zasługuje na to, aby ją uwiecznić i o niej opowiadać. I właśnie na tym skupiliśmy się po powrocie z „wodospadowego” trekkingu. 😉

Ostatecznie w Øvre Årdal spędziliśmy dwie noce praktycznie w tym samym miejscu (to była druga taka sytuacja podczas tej podróży). Wymyśliliśmy też sposób rozwiązania naszych problemów sprzętowych. Jaki to miał być sposób? Czy się powiodło? Dziś i tak się już mocno rozpisałem, więc o tym będzie w następnej części. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *