Rowerem dookoła Bałtyku – relacja cz.9 (Norwegia cz.5)

Rowerem dookoła Bałtyku część 9., czyli kolejny rozdział relacji z ubiegłorocznej podróży. Dziś skupimy się na okresie 7-16.08.2020, a więc ostatnich dniach pobytu w Norwegii. A działo się w tym czasie naprawdę sporo… 😀

Poprzednią część zakończyliśmy w miejscowości Øvre Årdal, z rowerem niedającym się zbytnio do jazdy ze względu na popękaną obręcz w tylnym kole… W oddalonym o około 40km Lærdal namierzyliśmy w internecie serwis rowerowy i aby tam dotrzeć, zdecydowaliśmy się na autobus. Bardzo mocno chcieliśmy tego uniknąć, wszakże miała to być podróż oszczędna, niskobudżetowa. Zresztą nie po to wybiera się rower jako środek lokomocji, żeby wozić się busami… W tym wypadku jednak nie widzieliśmy już innego rozwiązania, także 318 koron norweskich (około 140zł) poszło… Co ciekawe, jechaliśmy tak małym busikiem, że musieliśmy zdjąć wszystkie sakwy i rowery wsadzać przez bagażnik, a ponadto zajmowaliśmy pół autobusu. 😀 Na szczęście tłoku nie było i nikt nie miał żadnych pretensji. Na miejscu w Lærdal okazało się, że namierzony przez nas serwis jest w zasadzie przycampingowym sklepikiem rowerowym, ale mają pod telefonem jakiegoś fachowca, który zajmuje się też naprawami. Zadzwonili po niego, a podczas tłumaczenia mu naszego problemu wyszło na jaw, że ów mechanik jest… Polakiem. 😀 Niestety nie miał pasującego koła na wymianę, ale powiedział, że postara się zrobić co w jego mocy, aby z posiadanych części poskładać jednoślad do dalszej jazdy. Zostawiliśmy mu więc rowery, a sami udaliśmy się na krótkie zwiedzanie miasteczka. 🙂

Prawda jest taka, że wizyty w Lærdal w ogóle nie było w naszych planach, ale śmiało mogę stwierdzić, że nie żałuję przyjazdu do tego miasta. Powiem nawet więcej, cieszę się, iż tak się stało, bo jest ono niezwykle malownicze, a spacerując po jego centrum, gdzie zachowało się mnóstwo (ponad 150) XVII-wiecznych drewnianych domków można poczuć się niemalże jak w minionej epoce. Do tego dochodzą jeszcze fantastyczne widoki fiordów. 😍 Spodobało się nam tak bardzo, że mimo faktu, iż mój rower został naprawiony w godzinę (wymienione tylne koło, przednia opona, łatane wcześniej wielokrotnie dętki, klocki hamulcowe oraz nowa zębatka), to postanowiliśmy zostać tam cały dzień, a nawet spędzić noc na brzegu miejscowego Lærdalsfjoru. 👌
PS Jedna z dróg do Lærdal prowadzi przez Lærdalstunnelen, czyli ponad 24,5-kilometrowy, najdłuższy drogowy tunel świata. My akurat się nim nie poruszaliśmy, bo obowiązuje tam zakaz jazdy rowerem, ale podaję to jako fajną ciekawostkę. 😉

Po „uleczeniu” roweru przyszła pora na kolejną norweską drogę sceniczną – Aurlandsfjellet. A drogi sceniczne mają to do siebie, że prowadzą sporymi górkami, w tym przypadku było to przewyższenie 1300m na dwudziestu kilometrach, później trochę zjazdu i następne 200m pod górę. ⛰‍️⛰‍️ Łącznie więc wjechaliśmy tego dnia ponad 1500m, najwięcej jednorazowo podczas całej podróży. Ale drogi sceniczne charakteryzują się też tym, że są po prostu atrakcyjne widokowo i nie inaczej sytuacja wygląda z Aurlandsfjellet. Naszym najważniejszym przystankiem na jej trasie była platforma widokowa Stegastein, czyli kolejna z topowych atrakcji całej Norwegii, z zachwycającymi, zapierającymi dech w piersiach panoramami. 😍 A wiadomo, jeżeli w osiągnięcie celu włożymy wiele wysiłku (w tym wypadku pokonamy spory podjazd za pomocą własnych nóg), nagroda smakuje jeszcze lepiej, a satysfakcja jest nieporównywalnie większa. 👍

Jedną z głównych atrakcji w Norwegii, z której zobaczenia musieliśmy zrezygnować, była Trolltunga (Język trolla), czyli charakterystyczna wystająca półka skalna nad fiordem. Na naszej drodze do niej „stanął” tunel, przez który jest zakaz jazdy rowerem, a właściwie objazd, którym planowo mieliśmy się poruszać, a który, jak wyczytaliśmy w internecie, został zamknięty ze względu na duże osuwiska skalne. Nie chcieliśmy ponownie korzystać z autobusu, dlatego zmieniliśmy trasę i zaczęliśmy wyjeżdżać z górzystych terenów fiordowych w kierunku Oslo. Wtedy trafiliśmy na ciekawą drogę z Geilo do Uvdal, gdzie na długości 41km trzeba się 3 razy wspinać pod sporą górę i 3 razy ostro zjeżdżać, co fajnie przedstawione zostało na tablicy informacyjnej przy drodze. Tak naprawdę pierwszy raz widziałem takie nietypowe rozrysowanie trasy, dlatego chcę Wam to pokazać. 😉
PS A na samym końcu tej drogi, tuż po ostatnim zjeździe, spotkaliśmy dużą farmę alpak, co wywołało ogromny uśmiech na mej twarzy. 😀

Wydawało nam się, że wszystkie problemy sprzętowe mamy już za sobą, ale oczywiście byliśmy w błędzie. Wyszło na to, że naprawiane w Lærdal koło zostało w pewnym sensie złożone jednorazowo, gdyż po załataniu kolejnej przedziurawionej dętki i ponownym założeniu zaczęło wysuwać się łożysko. Koło łapało takie bicie, że czułem się jakbym jechał konno, w pewnym momencie doszło do jego całkowitej blokady na ramie, a wtedy nawet pchanie roweru było niemałym wyzwaniem… Oczywiście byliśmy w „środku pola”, więc podjęliśmy decyzję o rozdzieleniu – pomyśleliśmy, że w pojedynkę będzie mi łatwiej złapać stopa, aby dostać się do najbliższej miejscowości i tam w spokoju zastanowić się co dalej. I tak też się stało, dosłownie po dwóch minutach, przy pierwszym wyciagnięciu ręki, zatrzymał się jadący roboczym autem z naczepą ojciec z synem. Dzięki temu udało się dotrzeć do Austbygde, jednak zbytnio nie poprawiło to naszej sytuacji. Zaczęliśmy szukać… Do najbliższego sklepu rowerowego 30km, do serwisu 100km. Tylko jak się tam dostać? Na wstępie odrzuciliśmy autobus, gdyż jak już wspomniałem, chodziło nam o podróż budżetową. Zdecydowaliśmy się na przygodę, czyli… pchanie roweru i przeklinanie go pod nosem. 😂 Na szczęście tak się złożyło, że kawałek za Austbygde zobaczyliśmy na czyimś podwórku sporo aut, taki jakby dziki warsztat samochodowy, bez żadnych szyldów, prowadzony przez pasjonata. Spróbowaliśmy tam swojej szansy. Staraliśmy się wspólnie na różne sposoby, aż w końcu się udało! Wsadziliśmy mechaniczne łożysko samochodowe, co rozwiązało cały problem. Zostaliśmy uratowani! I wiecie co? Na tym samochodowym łożysku bezproblemowo dojechałem do samego końca podróży. 😀

Następny, już całkowicie planowany przystanek, to Heddal i kolejny tradycyjny drewniany kościół klepkowy. Do dzisiaj w Norwegii zachowało się tylko 28 tego typu obiektów (z około 1000 istniejących w średniowieczu), ten jest największym z nich, jedynym trójwieżowym, a co za tym idzie – zdecydowanie najbardziej efektownym. 👌 Kiedy tam dotarliśmy, akurat odbywał się pogrzeb, ale wywieszone były informacje, że po jego zakończeniu wizyta w kościele będzie darmowa, poczekaliśmy więc około godziny i mogliśmy obejrzeć bezpłatnie również jego wnętrze. W środku znajduje się dużo nawiązań do mitologii nordyckiej, wszakże świątynie te powstawały w czasie, gdy wiara chrześcijańska mieszała się z wierzeniami w pogańskich bogów wikińskich. Była to bez wątpienia ciekawa wizyta, lecz prawda jest taka, że mimo wszystko kościół w Heddal zdecydowanie lepiej prezentuje się z zewnątrz. 😉

Bardzo ciekawa sytuacja spotkała nas w leżącym nieopodal Notodden. Zauważyłem mural, więc jak to mam w zwyczaju, robię mu zdjęcie. Okazuje się, że to jakby prywatna inicjatywa, w pewnym sensie reklama sklepu zoologicznego, na ścianie którego on się znajduje, a jednym z bohaterów na nim przedstawionych jest właściciel sklepu, który właśnie stał na ulicy (o czym oczywiście w chwili robienia fotki kompletnie nie miałem pojęcia 😅). Krótko rozmawiamy, opowiadamy mu o naszej podróży, a po chwili gość proponuje nam kupno pizzy w sąsiednim lokalu, na co oczywiście bardzo chętnie się zgadzamy. 😀 Myśleliśmy, że jest on ciekawy naszych przygód, chce w ten sposób dłużej z nami porozmawiać, ale nic z tych rzeczy. Zachodzimy do pizzerii, wybieramy pizzę, on dobiera nam Colę, płaci za wszystko i się żegna. Jesteśmy w lekkim szoku i nie wiemy do końca jak się zachować, bo nie na co dzień doświadcza się takiej uprzejmości i bezinteresowności, a w długiej podróży taki gest jest nie do zapomnienia. Pizza była przepyszna. 😂👍

Po opuszczeniu terenów górzystych krajobrazy przestały zaskakiwać, a trasa straciła nieco na atrakcyjności. W naszym planie dotyczącym Norwegii pozostało w sumie jedynie zwiedzanie stolicy, czyli Oslo. Wcześniej zatrzymaliśmy się jednak jeszcze w oddalonym o około 40km Drammen, które pozytywnie mnie zaskoczyło – okazało się bardzo malowniczą miejscowością z urokliwymi sceneriami wodnymi oraz ciekawym street artem i architekturą. 👌 A jako ciekawostkę dodam, iż w Drammen odbyły się dwa mecze hokeja na lodzie podczas VI Zimowych Igrzysk Olimpijskich w 1952 roku, a jednym z nich była porażka Polaków z Czechosłowacją aż 2:8.

No i ostatni akord naszego pobytu w Norwegii, a więc Oslo. Nie będę oczywiście wypisywał wszystkich jego atrakcji, bo byłoby tego za dużo, skupię się na kilku najciekawszych, które według mnie koniecznie trzeba zobaczyć będąc w norweskiej stolicy. Jednak zanim to, muszę napisać, że wcale nie zrobiła ona mnie jakiegoś niesamowitego wrażenia, powiedziałbym, że w zestawieniu z innymi stolicami europejskimi wygląda dość blado. No ale może to tylko moje odczucie i kwestia tego, że norweska natura i wszechobecne krajobrazy zachwycały mnie ogromnie, a miasto po prostu nie było w stanie temu dorównać…

A więc najciekawsze miejsca Oslo. Numer 1: Holmenkollbakken, czyli skocznia narciarska w dzielnicy Holmenkollen, a właściwe cały kompleks narciarski na wzgórzu, bo jest tu też mnóstwo tras do niezwykle popularnego w Norwegii narciarstwa biegowego. Tu akurat nie można wejść na samą górę skoczni (jak było chociażby w przypadku Trondheim), chyba że odpłatnie, aby następnie zjechać tyrolką. 😀 Niemniej jednak sam obiekt należy do tych nowocześniejszych i prezentuje się naprawdę efektownie, a z okolicy skoczni rozciągają się też cudowne panoramy na całe Oslo. 🙂

Atrakcja numer 2: Park Vigelanda. To całkowicie unikalne i oryginalne, a wręcz w pewnym sensie dziwne miejsce. Znajduje się tu 212 rzeźb, w skład których wchodzi łącznie prawie 600 kamiennych postaci, a cechą je wyróżniającą jest fakt, iż wszystkie są… nagie. 😀 A więc są posągi golasów, bramy oraz fontanny z golasami, a centralnym punktem jest 17-metrowa kolumna utworzona, jakby inaczej, ze 121 golasów. 😂 Nie wiem do końca co w tym przypadku autor miał na myśli, ale ja ogólnie lubię nietypowe atrakcje, a właśnie do takich z całą pewnością zalicza się Park Vigelanda. 👌

Numer 3 to gmach opery. To bardzo awangardowy projekt, a wyróżnia go fakt, iż budynek został zbudowany w taki sposób, że można swobodnie spacerować po jego dachu. Ciężko do końca opisać to słowami, ale zobaczycie na zdjęciach, o co mi chodzi. Wzniesiono go w 2008 roku, a w 2009 zdobył nagrodę Miesa van der Rohe przyznawaną dla najciekawszych konstrukcji współczesnej architektury. 😉

Oryginalny gmach opery, po którym można swobodnie spacerować 😀

To tylko 3 punkty, które mi się w Oslo spodobały najbardziej, poza tym jest sporo innych, które też warto zobaczyć, ale te zaprezentuję już w poniższej fotogalerii. Warto też dodać, że w całej stolicy znajduje się dużo interesujących (a czasem dziwnych) rzeźb oraz sporo świetnych murali. 🙂

Z Oslo mieliśmy już niedaleko do Szwecji i właśnie o Szwecji będzie następna część relacji. Podsumowując cały pobyt w Norwegii, spędziliśmy w niej 40 nocy i przejechaliśmy rowerami ponad 2700km. 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *